Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

Justyna Żyła: "Sodówka mu nie grozi"

MAGAZYN PS: Maciek Kot mówił nam jakiś czas temu, że mieszka podczas zgrupowań z pani mężem, bo Piotrek zawsze ma dobry humor. W domu też tak jest?
Justyna Żyła: Tak. Zawsze powtarza, że trzeba się cieszyć. Bo wszyscy żyją i są zadowoleni. I pyta: dlaczego masz smutną minę? Zawsze taki jest.

Nie ma gorszych dni?
Na pewno ma, ale są one związane ze skokami. Jeśli chodzi o życie rodzinne - nie. Stara się być zawsze dobrym duchem w naszym związku.

Często rozmawiacie o skokach?
Bardzo często. Nie da się tego tematu wyłączyć, nie ma takiej możliwości. Wraca z zawodów i żyje tym cały czas. Skoki są na drugim, jeśli nie nawet na pierwszym planie.

Z czym rywalizują?
Z dziećmi. Mam nadzieję, że one są jednak na pierwszym miejscu.

Pani się zna na skokach?
Coś tam o nich wiem. Oglądam zawody i żyję tym skakaniem, odkąd Adam (Justyna jest kuzynką Adama Małysza - przyp. red.) zaczął odnosić pierwsze sukcesy.

Mówi mu pani co zepsuł czy raczej tylko klepie po plecach?
Może to brzydko zabrzmi, ale mówię mu często: spinamy dupę i jedziemy dalej! Staram się go pozytywnie nakręcać.

Boi się pani kiedy Piotrek skacze?
W Planicy tak, boję się. Na normalnych skoczniach nie czuję lęku o niego. Mówi zawsze, żebym się nie bała, bo przecież może też skręcić nogę na schodach czy zabić się, jadąc autem.

Superpociecha.
Tak, super... A jeśli chodzi o skoki, to przecież trenuje od dziecka, więc mam nadzieję, że nie ma się czego bać.

Piotrek mówi jednak, że marzy o tym tak długim skoku, żeby go na końcu "poskładało".
Właśnie. I dlatego kiedy w czwartek w Planicy żona Łukasza Kruczka, Agata powiedziała mi, że Piotrek miał problemy na progu powiedziałam, że ja tam nie idę. Zapytała dlaczego, bo przecież Piotrek wie, co ma robić. Odpowiedziałam pytaniem czy słyszała o jego marzeniu. Wtedy przyznała, że już rozumie skąd moje obawy. Byłam jednak na skoczni. Ale przyznam szczerze: pikawa mocno pracowała, myślałam: "żeby tylko cały wylądował".

Była pani gotowa na to wszystko, co się wydarzyło na koniec sezonu? Zwycięstwo, miejsce na podium. Działo się!
Nie, zdecydowanie nie. Zawsze mówiło się o Adamie, czyli superskoczku i legendzie. A Piotrek stał się sławny przed największymi sukcesami. To było zawsze takie... On sam patrzył na Facebooka i się dziwił skąd tyle tych lajków. Według mnie on stoi obok tego wszystkiego i mam nadzieję, że dalej tak będzie. Sodówka mu nie grozi.

Kiedy słucha pani tych wszystkich jego wywiadów, to co pani myśli?
On to robi naturalnie, często pod wpływem adrenaliny po skoku. Zawsze taki jest. Ostatnio mój tata przyznał, że nigdy nie oglądał wywiadów z Piotrkiem, ale po wygranej w Oslo przejrzał całego Youtuba i powiedział, że już się nie dziwi, dlaczego tylu ludzi kibicuje Piotrkowi.

Pani mąż bywa poważny?
Nie przypominam sobie jakiejś sytuacji w ostatnim czasie, żeby tak było. Tak naprawdę bardzo go zdenerwować, on sam tak mówi, potrafię tylko ja. Też mam jakiś talent (śmiech).

Jak wam się żyje? Możecie spokojnie iść do kina?
Zupełnie zwyczajnie. Nikt nam nie przeszkadza.

To się może zmienić.
Oby nie.

Widziała pani z bliska co się działo z rodziną Małyszów. Pewnie żadnemu skoczkowi w takiej skali już się to nie przydarzy, ale w części pewnie tak.
Pamiętam sytuację, kiedy Karolina (córka Adama Małysza - przyp. red.) była mała. Adam czy Iza chcieli jej zrobić zdjęcie, a ona uciekała, bo była przerażona. Myślała, że to kolejni dziennikarze czy telewizja. Chciałabym tego za wszelką cenę uniknąć. To nic fajnego.

Tymczasem przed Piotrkiem wizyty w znanych programach i jego popularność będzie cały czas rosnąć...
Skoki bez mediów i całej otoczki nie byłyby takie jak teraz. On się w tym wszystkim chyba dobrze czuje. Tu nowa czapka, tam okulary. Ma jednak coś z showmena. Nas, jako rodzinę, ominie to z boku.

Ma pani z niego jakiś pożytek z domu? Ostatnio mówił, że po sezonie idzie w góry i pograć w piłkę.
Raczej tak. Choćby nie chciał, to dzieci i tak na niego wskakują. Kuba i Karolinka powtarzają tylko tata i tata. Mama mogłaby wyjechać na dwa miesiące i penie nie zauważyłyby tego... Chyba że trzeba zrobić obiad. A w góry pewnie wyciągnie Adama. Rok temu Piotrek na przykład wrócił z takiego wyjścia zadowolony, a Adam powtarzał tylko: "wody". Pytam dlaczego, a on, że "już nie może tak zasuwać".

Nie boi się pani tej aktywności męża? To groźne dla zawodowego sportowca.
Kiedyś tak, bałam się. Mówiłam mu, że skacze od dziecka i szkoda nabawić się głupiej kontuzji, grając w piłkę. Powiedział, że to jego hobby i dodatkowy trening. Walczyłam rok i spasowałam. Z nim się nic nie da zrobić. I tak mnie nie posłucha.

A w jakichś kwestiach da się go przekonać?
(długa cisza) Ostatnio przekonałam go w kwestii trzeciego dziecka. Powiedziałam, że nie dam rady i koniec. On chciał.

W tym sezonie wszystko ułożyło się też korzystnie finansowo. Piotrek mówił jednak, że już wyrósł z szaleństw.
Tak. Myślimy o budowie domu, bo mieszkamy w takim wielorodzinnym budynku. Na razie jednak jest dobrze, więc podchodzę do tego spokojnie.

Jakich szaleństw Piotra Żyły jeszcze nie znamy?
Najbardziej szaleje na weselach. W remizach i tym podobnych miejscach jest mistrzem. Dwa lata temu było wesele kuzynki. Byłam w ciąży z Karolinką i przypadła mi rola pilnującej towarzystwa, a Piotrek z Adamem biegali o drugiej w nocy wokół ronda. Wesoło było. Kolejna sytuacja związana z weselem to powrót do domu dziesięć kilometrów piechotą. Prosiłam go, żebyśmy szli do domu, a on uznał, że skoro wszyscy chcą go wyrzucić, to on wraca sam.

Nie sposób się nudzić.
No nie...

Da się porównać Piotrka i Adama?
Obaj są uparci. Chyba tylko tyle.

Podsumowanie sezonu przez Łukasza Kruczka

Przegląd Sportowy: Cieszy się pan, że sezon już się skończył?
Łukasz Kruczek: W zasadzie sezon nigdy się nie kończy. My w tym momencie jesteśmy już praktycznie przy kolejnym. Zaraz wchodzimy na pierwszy stopień przygotowań do nowego sezonu.

Kibicowanie wam to jak jazda kolejką górską.
Fajnie było, prawda?

Teraz szeroko się pan uśmiecha, ale na początku sezonu w Kuusamo tak nie było. 
Tam nikt się nie śmiał, ale nie było też załamania. Początek sezonu był faktycznie bardzo trudny, ale pokazaliśmy, że nie jesteśmy drużyną, która się poddaje. Dość szybko się podnieśliśmy. To chyba rekord świata w wyjściu z problemów.

Może nie zaczynajcie kolejnego sezonu od takiego kryzysu?
Dobrze by było. A spójrzmy na to inaczej - gdyby tak w Kuusamo zacząć czterema zawodnikami w trzydziestce i dwoma w dziesiątce? Rewelacja! Żeby jednak tak się stało, trzeba mieć od początku dobry sprzęt, a ściślej kombinezony. Teraz zaskoczyła nas kwestia doboru materiału, a także zmiana przepisów co do strojów.

Mimo wszystko za wami rekordowy sezon pod wieloma względami.
Punktów zdobytych przez zawodników w konkursach indywidualnych i drużynowych, czyli to co zalicza się do Pucharu Narodów, mamy najwięcej w historii. Pewne cele i marzenia, które miałem, ziściły się.

Uważam, że to pan jest największym wygranym tego sezonu.
Dla mnie bohaterami są zawodnicy, bo to oni startowali. My tylko jesteśmy swego rodzaju narzędziami, bo przecież trener nie skoczy. Jeśli pomysły nie spotkają się w parze z zawodnikiem, nic z tego nie będzie.

Wieczny optymista prezes PZN Apoloniusz Tajner mówi, że macie już nowe pomysły na nowinki sprzętowe.
Tak mówi? Fajnie.

A macie?
Są pomysły co i gdzie należy poprawić, gdzie można szukać jeszcze rezerw. Cudów się nie zrobi, jednak mamy pomysły na znalezienie dodatkowej odległości, może metr, może pół metra. Każdy detal trzeba rozważyć, żeby mogło być jeszcze lepiej. Nie powiem, gdzie szukamy pomysłów, bo za chwilę przeczytają to w Niemczech.

Kombinezony?
Te zawsze są ważne, to konik wszystkich ekip. Wiadomo, że tam jest najwięcej do zrobienia. Czekamy na nowe przepisy, będą lekkie modyfikacje w kombinezonach. Ważne będzie posiedzenie FIS w Zurychu. Nie sądzę, żeby zapadły tam decyzje o wielkich zmianach, ale na początku kwietnia będziemy wiedzieli, w którym kierunku iść.

Prezydent FIS mówił, że trzeba uprościć skoki. Może jednak nastąpią jakieś radykalne zmiany przed igrzyskami?
W tej sprawie było spotkanie w Lahti w gronie trenerów i zarządców skoków. Tam wszyscy stwierdzili, że nie ma potrzeby dokonywać zmian. Jest w porządku, a zbytnie uproszczenie mogłoby skomplikować sytuację. Chodzi przecież o sędziów, odstępstwo od telemarku, czyli rzeczy wpisane w historię tej konkurencji narciarstwa klasycznego. Nie wyobrażam sobie skakania bez telemarku. Ładnie wykończona próba to wisienka na torcie. Bez tego mielibyśmy "cupanie" kto dalej. Poszlibyśmy w kierunku sportów bardziej ekstremalnych.

Wracamy do naszej kadry. Słyszeliśmy, że wybieracie się na obóz regeneracyjny?
Nie wszystko jest jeszcze domknięte, ale chcemy zrobić to jeszcze w kwietniu, żeby udało się całkowicie zregenerować chłopaków. Chcę przystąpić do nowego sezonu w pełni sił. Sezon kończymy mistrzostwami Polski w Wiśle, a po nich będą jeszcze testy motoryczne. Trzeba zrobić je szybko, gdy chłopaki są w dobrej formie.

Ile wolnego dostaną?
Tyle będzie trzeba. Wiem, że to mało dokładna odpowiedź, ale wolnego praktycznie nie ma. Trzeba zmniejszyć napięcie związane ze startami, treningiem, wyjazdami, ale być jednocześnie cały czas aktywnym.

Latem będziecie często skakali?
Różnie. Ale na pewno będą zawodnicy mający w planach wiele startów. Chcemy ich też nauczyć wygrywać, bo to też sztuka. Co innego być liderem po pierwszej serii, a co innego zajmować 15. czy 20. miejsce.

To teraz poprosimy ocenić swoich zawodników.
Kamil zdobył mistrzostwo świata i to nie podlega żadnej dyskusji. Wywalczył podium w klasyfikacji generalnej PŚ. Mogę śmiało powiedzieć, że to był kolejny super sezon, bo osiągnął większość swoich celów. Podniósł się z dużego dołka, jaki miał latem.

Maciej Kot?
W zeszłym roku ustabilizował formę, ale dopiero w drugiej części sezonu. Teraz od początku do końca miał taką samą wizję swojego skakania i koncepcję tego, co robić na skoczni.

Piotr Żyła?
Jest jeszcze mało stabilny, ale w końcówce sezonu zaskoczył. Złapał czucie w locie, a to wcześniej nie było u niego regułą.

Za plecami tej trójki jest kilku chłopaków.
Dawid Kubacki zdobył pierwsze punkty i ma wielki udział w sukcesie drużyny w mistrzostwach świata. Krzysiek Miętus w zespole nie rywalizował, ale doskoczył do czołówki. Uważam też, że odrobinę lepszy sezon od poprzedniego miał Stefan Hula. Może nie widać tego w PŚ, ale miał dobre występy w Pucharze Kontynentalnym i dobry Turniej Czterech Skoczni. Jasiek Ziobro też zrobił duży postęp. Zresztą, mogę tak wymieniać długo, bo przecież juniorzy zdobyli medal mistrzostw świata. To był bardzo dobry sezon.

środa, 20 marca 2013

Piotr Żyła: Ja nie wyjdę?! - czyli wywiad po wygranej w Oslo

Z Piotrem Żyłą, zwycięzcą konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich w Oslo, rozmawia Rafał Musioł (www.polskatimes.pl)

Na lotnisku w Balicach wyszedł pan z odprawy w kasku i w goglach. To była próba wyjścia niezauważonym?
(śmiech). Nie, po prostu koledzy mnie "wypuścili". Powiedzieli, że co jak co, ale w kasku i w goglach to na lotnisku nie wyjdę. Pomyślałem: ja nie wyjdę? Ja? No i wyszedłem.

Kto pana tak wkręcił?
Na pomysł wpadł Maciek Kot, ale potem to już była praca zespołowa.

To miało coś wspólnego z konferencją prasową w Oslo?
Dokładnie. Tam byłem w kasku, bo zapomniałem z hotelu czapki. To był przypadek, ale znowu zrobiłem coś, o czym wszyscy mówili. Chyba już tak mam (śmiech).

Wszyscy mówili przede wszystkim o wygranym konkursie.
Faktycznie, to też.

Nie wierzę, że pan tego jeszcze nie przeżywa.
Teraz już do mnie dotarło, że wygrałem . Bo na początku trudno było w to uwierzyć. Gdzieś tam po cichu myślałem o podium, ale się nie grzałem. Pamiętałem, że rok temu w Oslo też byłem trzeci po pierwszej serii, nie skoczyłem źle, ale spadłem na siódme.

Te wspomnienia nie chodziły panu po głowie przed drugim skokiem?
Starałem się myśleć tylko o tym, że mam zrobić coś, co przecież lubię i potrafię. Im mniej się myśli w takich momentach, tym lepiej skok wychodzi, bo się wszystko robi trochę z automatu.

Chwilę później pan wylądował i przy nazwisku Żyła pojawiła się jedynka. Poszedł pan do Gregora Schlierenzauera na miejsce dla liderów i powiedział...
Nic mu nie powiedziałem, bo wcale do niego nie poszedłem. W Oslo jest tak dziwnie, że do tego miejsca jest kawałek i to pod górkę. Nawet się zastanawiałem czy tam iść, ale wtedy zobaczyłem, że biegną do mnie Maciej Kot z Dawidem Kubackim, więc zostałem z nimi i czekałem na skok Kamila. Dopiero potem przyszli ludzie z FIS-u i kazali mi iść do góry na podium. No to w końcu tam poszedłem.

I tam powiedział pan Gregorowi, żeby...
Znowu nic mu nie musiałem mówić, bo podium było szerokie i nikt nie musiał się przesuwać (śmiech). Po prostu mu pogratulowałem i pomyślałem sobie: kurczę, fajnie tak stać razem z taką legendą.

Co pan dostał w nagrodę?
Kwiaty i taki mały puchar, który wygląda jak szklanka.

To z niego piliście piwo, żeby uczcić sukces?
Piwo, a może nawet dwa (śmiech). Ale nie z niego, bo oddałem go do samochodu członków ekipy i razem z nimi pojechał do Planicy. Dopiero tam spotkam się z nim ponownie.

A pana plany na Planicę to...
Latanie, latanie, latanie. Nie nastawiam się na żadne miejsce, chcę mieć frajdę z latania. Bo ten sport daje mi radość.

Rodzinie też. Pana tata powiedział, że też zasłużył na nagrodę za nerwy i ściskanie kciuków.
Zasłużył. Wszyscy zasłużyli i po Planicy im pięknie podziękuję.

Kacze udka od babci już pan zjadł?
Rany, nawet o tym ludzie wiedzą? (śmiech). Nie, bo do domu wpadłem właściwie na chwilę. Po sezonie wszystko nadrobię.

Tajner: Piotr Żyła to specyficzny zawodnik. Nikt nie wie, co siedzi w jego głowie

Z Apoloniuszem Tajnerem, prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, rozmawia Robert Małolepszy (www.polskatimes.pl)

Zwycięstwo Piotra Żyły na skoczni Holmenkollen to szczęśliwy traf czy zapowiedź tego, co czeka nas częściej, czyli zwycięstwa nie tylko Kamila Stocha, ale też pozostałych naszych zawodników?
Oczywiście bardzo chciałbym powiedzieć już dziś, że zapowiedź tego, co nasz czeka, ale na teraz, zwłaszcza w przypadku Piotrka Żyły, trudno powiedzieć, czy uda mu się powtórzyć ten wynik. Teraz wszystko zależy od niego.

Aż tak wielkie miał szczęście?
To nie tak. Piotrek był i jest w wysokiej formie. Ale przecież nawet on sam nie wierzył w to, że stać go na zwycięstwa. Widział się gdzieś góra w pierwszej dziesiątce, ale nie na podium.

Chęć powtórzenia wyniku może spętać mu teraz nogi na długo?
Może. Tak do końca to przecież nikt nie wie, co siedzi w jego głowie. To bardzo specyficzny zawodnik. Ale równie dobrze może być tak, że ten triumf otworzy my oczy, pozwoli uwierzyć w siebie. Przewartościuje jego cele. Ważne, żeby nie myślał o powtórzeniu wyników, ale dobrych skoków. Wtedy ma szansę znów wskoczyć do dziesiątki, a jak się jest w dziesiątce, to zawsze może przytrafić się podium. Tak było też z Adamem Małyszem. Gdy zaczynaliśmy z nim pracę, nie zakładaliśmy wcale, że będzie deklasował rywali. Celem było regularne wskakiwanie do pierwszej dziesiątki.

Piotr Żyła ma papiery na to, żeby regularnie być w ścisłej czołówce? 

Z całą pewnością ma chyba najsilniejsze odbicie nie tylko w całej naszej kadrze, ale być może w całej szerokiej czołówce światowej. To nie jest odbicie, to jest jak kopnięcie konia. On z miejsca skacze 3,47 m. To jest niesamowity wynik. W 1906 roku, gdy skok z miejsca był jeszcze konkurencją olimpijską, wywalczyłby brązowy medal igrzysk.

Nie boi się Pan, że nagła sława może go przygnieść?
Pewnie, że się boję. To zawsze może się zdarzyć. Ale ze skoczkami cały czas jest psycholog Kamil Wódka. I on ma czuwać nad Piotrkiem. Ja tylko apeluję do mediów i kibiców - nie oczekujmy od niego od razu Bóg wie czego. Jan Matura wygrał w Sapporo dwa konkursy. Ale w kolejnych wrócił do swojego poziomu. Takie są skoki. Czasem całe życie trzeba czekać na te swoje wymarzone starty.

Ktoś jeszcze w naszej drużynie ma papiery na to, by iść w ślady Stocha i Żyły?

Praktycznie każdy z zawodników, których ma teraz w kadrze Łukasz Kruczek, ma szansę na to, by zaistnieć. Może nie regularnie, ale mieć w każdym sezonie swój konkurs, dwa, może trzy, w których błyśnie.

Maciej Kot wygląda na bardzo ambitnego. Widać, że jego aktualne wyniki go nie zadowalają.
Maciej to chłopak z dużym potencjałem. Bardzo chce skakać daleko. Za bardzo. On jest pięć lat młodszy od Kamila Stocha i nawet porównania z Kamilem mi się nasuwają. On też miał problem z tym, że za szybko chciał przeskoczyć okres dojrzewania w skokach. Ten sam problem ma Maciek. Ale on dojrzeje, i wtedy będzie wskakiwał do dziesiątki...

Ktoś jeszcze?
Tak jak powiedziałem, każdy z kadry Łukasza Kruczka. Dawid Kubacki ma naprawdę rewelacyjne odbicie, ale na razie jest zbyt pasywny w powietrzu. Stefan Hula, jak jest w formie, może powalczyć o wysokie lokaty, a Krzysiek Miętus ma takie okresy 2-3 tygodni, że jak łapie formę, to może być groźny dla najlepszych. To kwestia czasu, kiedy któremuś z nich szczęście dopisze, tak jak Piotrkowi Żyle.

Czy ten sezon będzie przełomowy dla Kamila Stocha, czy mistrzostwo świata w Val di Fiemme sprawi, że będzie regularnie stawał na podium, przestanie psuć drugie skoki, zacznie wytrzymywać ciśnienie?
Ja myślę, że to się u niego stało już w poprzednim sezonie. W tym na początku było trochę błędów i przez to forma przyszła później. Ale Kamil już przed tym sezonem nie bał się mówić, że chce walczyć o najwyższe cele, nawet o Puchar Świata. Jestem niemal pewien, że w Planicy znów będzie w wielkiej formie i powalczy z Bardalem o drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. On lubi tam latać.

W Lahti i Oslo tracił jednak miejsce na podium, które zajmował po pierwszej serii.
Ale nie psuł skoków. W Lahti trafił na kiepskie warunki. Ale skok był dobry. W Oslo, gdyby nie obniżenie belki, pewnie by wygrał.

Łukasz Kruczek przekombinował?
Nie. Zabrakło im szczęścia. Przed konkursem ustalili z Kamilem, że jak w drugiej serii będzie wiało pod narty, obniżą rozbieg o jedną belkę. Praktycznie przez całą serię takie warunki były. Gdy Łukasz zarządził obniżenie rozbiegu, też wiało pod narty, ale nim przełożyli belkę o stopień, Kamil ruszył, to gdy był już na progu, trafił na ciszę. I dlatego poleciał tak blisko.

Pan jest zwolennikiem przestawiania belek przez szkoleniowców?
Nie i mam nadzieję, że po sezonie ten przepis zostanie anulowany. Pierwotnie obniżenie belki miało być wykorzystywane przez trenerów, by zapewnić bezpieczeństwo zawodnikom. Teraz zrobiła się z tego zagrywka taktyczna. Powinno się zostawić możliwość obniżania belki wyłącznie jury.

Dlaczego?
Bo nawet ja nie wiem po wielu skokach, czy się cieszyć, czy nie. Czy skok był dobry, czy nie. A co ma powiedzieć zwykły kibic, który skoki ogląda w telewizji?

poniedziałek, 18 marca 2013

Vettori: "Stoch może wygrać igrzyska"

Ernst Vettori - ma 48 lat. Dwukrotny medalista olimpijski (złoto i srebro w Albertville 1992), pięciokrotny medalista mistrzostw świata (złoto w Val di Fiemme 1991, srebro w Seefeld 1985, dwa razy brąz w Oberstdorfie 1987, brąz w Falun 1993), dwukrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni (1986, 1987), a także zdobywca medalu Holmenkollen. 

Przegląd sportowy: Mistrz świata z Val Di Fiemme Kamil Stoch radzi sobie w Pucharze Świata znakomicie. Czy jest pan zaskoczony tym, że Polak dominuje?
Ernst Vettori: Obserwuję tego chłopaka od lat i spodziewałem się, że pewnego dnia jego forma eksploduje. To naprawdę fantastyczny skoczek. Stoch jest dobry pod względem technicznym, ale również stylowo. To nie przypadek, że otrzymuje ostatnio wysokie noty u sędziów. Zasługuje na nie. Ma moc w nogach, ale w skokach to podstawa. Jest obecnie jednym z najlepszych zawodników świata.

Austriackie media porównują często Stocha do Adama Małysza. Widzi pan między nimi jakieś podobieństwa?
Jest ich sporo. Adam skakał świetnie stylowo i to samo demonstruje Kamil. Pod względem technicznym oraz charakterów również są podobni. Adam jest miłym i porządnym człowiekiem. Mimo sukcesów pozostał skromną osobą. Kamil to też taki typ człowieka. Jest lubiany w środowisku narciarskim.

W przyszłym roku w Soczi odbędą się igrzyska. Pan wygrał w 1992 roku konkurs w Albertville. Czy Stocha stać będzie na złoto?
Oczywiście, bo jest obecnej jednym z najlepszych zawodników na świecie, ale to samo mogę powiedzieć o kilku innych skoczkach. Kamil wygrał we Włoszech, a igrzyska są bardzo podobne do mistrzostw. Musisz być po prostu najlepszy w danym dniu.

Pana rodak i przyjaciel Anton Innauer (mistrz olimpijski z Lake Placid - przyp. red.) mówił na naszych łamach, że powstała polska szkoła skoków narciarskich. Czy zgadza się pan z Innauerem?
Kilka lat temu był Adam Małysz i daleko za jego plecami reszta zawodników. Teraz macie dużą grupę Polaków, która liczy się w Pucharze Świata. Maciej Kot, Piotr Żyła i Dawid Kubacki to nie są już anonimowe nazwiska w środowisku. Wasza drużyna jest silna, bo jest w kadrze odpowiednia konkurencja. Rywalizacja napędza wzajemnie tych młodych zawodników. Oni wszyscy ciężko pracowali na sukces.

Łukasz Kruczek uczył się fachu przy kilku specjalistach, w tym w latach 2004-2006 przy Heinzie Kuttinie, który był najpierw trenerem kadry B, a później kadry A. Czy Kuttin odcisnął swoje piętno na polskich skokach?
Pamiętam, że dobrze ze sobą współpracowali. Łukasz miał szczęście, że mógł uczyć się przy Kuttinie, którego uważam za jednego z naszych najlepszych trenerów. Trudno jednak w jakikolwiek sposób ocenić czy przyczynił się do tego, że w obecnym sezonie Polacy są tak silni. Moim zdaniem wasi trenerzy nie powinni mieć teraz żadnych kompleksów wobec szkoły austriackiej. Macie sztab szkoleniowy złożony z samych Polaków i osiąga on duże sukcesy. Wasi trenerzy znają się na swoim fachu.

Kruczek rywalizuje w tym sezonie głównie z austriacką myślą szkoleniową. Waszą drużynę prowadzi Alexander Pointner, Norwegów Alexander Stoeckl, a Niemców Werner Schuster...
Nie sprowadzałbym współcześnie skoków do walki pomiędzy czterema narodowościami. Słoweńcy też liczą się na świecie, a ich szkoli Goran Janus, podobnie jak Japończycy prowadzeni przez trenera z Azji (Tomoharu Yokokawa - przyp. red.). Kruczek jednak daje sobie dobrze radę w tym towarzystwie.

Trend uległ zmianie, bo jeszcze kilka la temu najwyżej ceniono szkoleniowców z Finlandii. W Polsce pracował Hannu Lepistö, Norwegów do sukcesów prowadził Mika Kojonkoski, a Janne Ahonena i spółkę Tommi Nikunen.
Finowie podobnie jak my mają tradycję i wiele sukcesów za sobą. To od nich często czerpano wiedzę na temat skoków. Mieli sporo klubów, w których uczono dzieciaki skakać. Teraz są w głębokim kryzysie, ale nie mam pojęcia, dlaczego dopadł ich tak głęboki dołek.

Co jest charakterystyczne dla austriackiej szkoły skoków?
Mamy długą i piękną tradycję. Skoki od lat są uprawiane w Austrii. Bardzo ważną placówką w rozwoju dyscypliny jest sportowe gimnazjum w Stams. To była pierwsza tego typu szkoła narciarska na świecie. Młodzi pracują tam nad kondycją, mają psychologię sportu, czy też porady dotyczące prawidłowego odżywiania. Są dobrze edukowani. Nie można jednak mówić o austriackiej technice skakania. Każdy zawodnik jest przecież inny i ma swój własny styl. Gregor Schlierenzauer inaczej wybija się i leci w powietrzu niż Thomas Morgenstern, a "Morgi" z kolei różni się pod tym względem od Andreasa Koflera.

Już w przyszłym tygodniu zakończy się tegoroczny sezon. Dla Polaków najważniejszym momentem było mistrzostwo świata w Val di Fiemme Kamila Stocha, a co panu utkwiło w głowie?
Gregor Schlierenzauer rządził w pewnym momencie. Pobił rekord Mattiego Nykänena w ilości zwycięstw w cyklu i to na dodatek w tak młodym wieku. To coś niesamowitego. W Planicy odbierze Kryształową Kulę i mimo że nie zdobył złota indywidualnie w mistrzostwach świata we Włoszech, to był dla niego doskonały sezon.

Dla pana wygrana w pucharze jest ważniejsza od złota mistrzostw?
Aby zwyciężać w cyklu trzeba utrzymywać formę przez całą zimę, a w mistrzostwach wystarczy po prostu mieć swój dzień. Trudniej wygrać PŚ, ale ja na równi z nim stawiam triumf w MŚ. Ważniejsze od tych imprez są jedynie igrzyska olimpijskie.

Jak ocenia pan współczesny system oceniania skoków, czyli bonusy za wiatr oraz zmianę belki?
To dobry system, nad którym nadal trzeba pracować i go udoskonalać. Chwalę go, bo nie ma obecnie bardziej sprawiedliwego.

Ale w Val Di Fiemme podczas konkursu drużynowego właśnie z powodu jego nieprzejrzystości doszło do skandalu. Polacy dopiero pół godziny po konkursie dowiedzieli się, że mają brązowe medale, a zrozpaczeni Norwegowie nie mogli uwierzyć, że spadli z drugiego na czwarte miejsce.
To była duża wpadka, ale nie oznacza to, że cały pomysł oceniania jest do niczego. Moim zdaniem również w kolejnym sezonie powinien funkcjonować.

Piotrek Żyła jak zwykle zaskakuje

A na lotnisku pojawił się tak:

... i myślał, że nikt go nie rozpozna (?)

"Nie myślałem w ogóle o tym, że mogę wygrać. Ostatni raz o zwycięstwie myślałem kiedyś dawno, dawno temu, ale wtedy nie przeszedłem nawet kwalifikacji, więc teraz wolałem się już niczego nie spodziewać" - powiedział na lotnisku.

Żyła przyznał, że być może we wcześniejszych występach coś go blokowało. - To jest taki sport, że człowiek jedzie 90 km na godzinę i czasem niepotrzebnie sobie za wiele pomyśli, coś niepotrzebnego zrobi. A tu po prostu trzeba iść i skoczyć. Może się kiedyś rozkręcę - dodał w swoim stylu.

"W zasadzie po swoim skoku myślałem, że to Kamil wygra, ale akurat warunki trochę się pogorszyły. Potem skoczył Kranjec i w sumie nie za bardzo wiedziałem co się dzieje" - powiedział "Wewiór". Żyła przyznał też, że wcale nie przepada za wielką popularnością, jaka na pewno stanie się teraz jego udziałem. - Nie za bardzo lubię takie zamieszanie. Wolę sobie, gdzieś tam siedzieć z boku. Czasem patrzę na strony internetowe i myślę sobie: o kurczę znowu coś żem powiedział.

Triumfator konkursu w Holmenkollen nie przejmuje się presją kibiców, jaką mógłby odczuwać po tym sukcesie. - Moim celem na Planicę jest po prostu, żeby sobie fajnie poskakać. Cieszyć się skokami. W lotach ze skakania to jest po prostu czysta frajda, a jak się jedzie, żeby robić wynik to nie do końca to wychodzi - stwierdził Żyła.

Wszystkich dziennikarzy bardzo ciekawiło, jak "Wewiór" świętował swoje zwycięstwo. - Chwilę posiedzieliśmy wieczór, wypiliśmy po piwku... no po dwa - opisał Żyła, dodając że czas na prawdziwe świętowanie przyjdzie dopiero po sezonie. - Przed zawodami nie można, bo wiadomo, że potem człowiek nie jest taki sprawny.

Żyła zdradził też, że tuż przed konkursem trener Łukasz Kruczek powiedział mu, że może znaleźć się na podium, ale musi trochę zwężyć pozycję nart. - Ja nawet tego nie zrobiłem, ale o tym pomyślałem no i wyszło - skomentował całą sprawę niezawodny "Wewiór"

A jak Piotr Żyła widzi swoje szanse w przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Soczi? - Gdzie tam do Soczi, to jeszcze kupa czasu - mówi krótko polski skoczek.

środa, 6 marca 2013

Alexander Pointner: "Cieszyłem się, Kiedy Kamil Stoch wygrał"

Przegląd Sportowy: Wygrywając konkurs drużynowy reprezentacja Austrii obroniła się w mistrzostwach świata w Val di Fiemme. Indywidualnie macie tylko srebro Gregora Schlierenzauera.
Alexander Pointner: Tak jest. W drużynówce rywalizowało z nami pięć zespołów i wszyscy mogli wygrać. Ostatecznie wszystko rozstrzygnęło się bardzo niewielkimi różnicami punktowymi, a to tylko pokazuje, jak wysoki jest dzisiaj poziom skoków narciarskich i jak trudno o sukcesy. Właściwie coraz trudniej. Na szczęście na koniec to my mogliśmy być najszczęśliwsi.

Co się stało z pana zawodnikami w konkursach indywidualnych?
Trudno to wyjaśnić. Kiedyś było łatwiej o zwycięstwa. A moja drużyna ma już na koncie sporo pierwszych miejsc. Udowodniła, że w takiej stawce jednak da się utrzymać na wysokim poziomie. A indywidualnie? Cóż, każdy chciałby, żebyśmy wygrali więcej, ale tym razem się nie dało. Po prostu.

Za to zyskaliście sympatię Polaków po konkursie drużynowym. A przynajmniej Thomas Morgenstern, bo to on dostrzegł pomyłkę sędziowską dotyczącą liczby punktów dla Norwegów i dzięki temu nasz zespół wszedł na podium.
Tak, zobaczył to pierwszy, ale tutaj najważniejsza jest jedna rzecz i nieważne kogo dotyczy - sport musi być przede wszystkim fair. Jeśli Anders Bardal dostał więcej punktów rekompensaty niż powinien za belkę, z której startował, trzeba o tym mówić. Przecież to widać na nagraniu. Sport powinien być sprawiedliwy.

Jak pan ocenia polski zespół?
Wykonaliście wielki postęp, naprawdę wielki. Sporo dziennikarzy pytało mnie w Kuusamo na początku sezonu, co się dzieje z Polakami. Pan był chyba jednym z nich, prawda?

Tak jest. Polacy na początku sezonu prezentowali się tragicznie.

Zgadza się. Pytano mnie, jaka jest recepta na poprawę sytuacji. Słyszałem o pomysłach zmiany trenera. Myślę, i wtedy też to mówiłem, że Łukasz Kruczek to dobry szkoleniowiec. Zdarzyło się, wypadli słabiej, ale później wszystko zaczęło wracać do normy. Kilku Polaków nie pojechał do Soczi, bo wybrało spokojny trening i już w Engelbergu zaczęli skakać daleko i nagle niektórzy zaczęli się dziwić. Wow, Polacy wrócili! A to nic dziwnego. Polska dzisiaj ma świetny zespół. Poza tym, biało-czerwoni są ważni dla całych skoków narciarskich. Mamy Zakopane i Wisłę, gdzie jest naprawdę super. To jedne z najlepszych konkursów sezonu. Kocham te miejsca i kocham polskich kibiców. Wie pan co? Cieszyłem się, kiedy Kamil Stoch wygrał na dużej skoczni. Rok temu był tutaj najlepszy w Pucharze Świata i teraz znowu pokazał, że drzemią w nim wielkie możliwości. Po tym konkursie spotkałem Polaków w domu austriackim w Val di Fiemme i świętowaliśmy. Dali mi wasz szalik i bawiliśmy się długo w nocy. Ktoś z Austriaków spojrzał na mnie i pyta: "Pointex, co ty robisz?!". Odpowiedziałem, że dostałem superprezent od kibiców skoczka, który wykonał świetną robotę.

Kamil będzie najgroźniejszym rywalem pana zawodników za rok w Soczi?

Poczekajmy. To skoczek, który potrafi skakać na bardzo, bardzo wysokim poziomie. Niektóre skocznie odpowiadają mu jednak bardziej niż inne. Gdyby go spytać, pewnie sam przyzna, że Predazzo to jedno z jego ulubionych miejsc. A w Soczi jeszcze nie skakał, więc dopiero zobaczymy, jak to będzie.

Rozmawiał we Włoszech Kamil Wolnicki

poniedziałek, 4 marca 2013

Wywiad z Piotrem Żyłą po Mistrzostwach Świata w Predazzo

Dawid Góra, SportoweFakty.pl: Przed mistrzostwa świata mówił pan, że chce uplasować się w pierwszej dwudziestce konkursów indywidualnych. 19. lokatę na dużej skoczni można uznać za realizację tego planu?
Piotr Żyła: Wtedy mówiłem o planie minimum. Wiadomo, że mistrzostwa świata rządzą się swoimi prawami. To jest krótka seria konkursów raz na dwa lata. Myślę, że nie mogę mieć do siebie pretensji, że nie wywalczyłem wyższego miejsca. Nie przepadam za skoczniami w Predazzo - mają płaski rozbieg. To oczywiście nie jest wytłumaczenie mojej dyspozycji, ale uważam, że i tak dobrze skakałem na mistrzostwach świata. Nie osiągnąłem super wyników, ale cel, jaki sobie postawiłem został zrealizowany.

Nawet, jeśli noga nieco się powinęła w konkursach indywidualnych, to niedosyt został zrekompensowany przez medal wywalczony z drużyną.
Zdecydowanie tak. Mieliśmy w zespole mistrza świata, bez którego medal nie byłby możliwy. Kamil skakał rewelacyjnie zarówno na normalnym, jak i dużym obiekcie. Dla mnie to było niezwykle istotne, aby wspomóc kolegów z drużyny swoimi skokami i powalczyć o medal. Jak wiadomo, cel został osiągnięty, ale emocji związanych z punktami było naprawdę dużo.

Jak rodzina zareagowała na pana sukces?

Wszyscy się cieszyli, każdy mi gratulował, delikatnie poświętowaliśmy. Natomiast w dzień, w którym przyjechałem nie zdążyłem nawet wnieść torby do domu, bo córka od razu przyszła do mnie i prosiła, żebym ją wziął na ręce. Nie chciała mnie puścić, pół godziny minęło zanim wróciłem po sprzęt (śmiech). Bardzo się stęskniła.

Czy po sukcesie w konkursie drużynowym można stwierdzić, że wreszcie narodziła się tak długo oczekiwana przez kibiców, potrafiąca rywalizować z najlepszymi reprezentacja Polski?

Na pewno drużyna jest teraz bardzo silna. Niezależnie od tego, kogo trener nie zdecydowałby się wystawić to i tak uzyskalibyśmy dobry wynik. Ponadto, mamy zawodników, którzy dobrze sobie radzą w Pucharze Kontynentalnym, jak Łukasz Rutkowski czy Jasiu Ziobro. Są też świetni juniorzy, jak choćby Klimek Murańka, Olek Zniszczoł, Krzysiek Biegun... W Polsce trenuje coraz więcej naprawdę dobrych zawodników. Poziom się "dźwignął" i to bardzo.

Przed kadrą kolejny konkurs drużynowy, tym razem w Lahti. Chyba trudno będzie o taką motywację, jaką mieliście państwo w Predazzo.
Motywacja na pewno będzie. Każdy konkurs jest ważny, szczególnie, jak się skacze dla drużyny. Wtedy chce się zaprezentować, jak najlepiej, żeby pomóc kolegom. Przed występem nie ma zbytnich kombinacji. Po prostu, skaczę tak, jak potrafię najlepiej. Poza tym, po nieudanych indywidualnych zawodach nie ma do konkretnego zawodnika pretensji, bo skacze na własny rachunek, w kolejnym konkursie można się poprawić. "Drużynówek" natomiast nie organizuje się tak dużo.

Czy resztę sezonu potraktuje pan ulgowo? Treningi i przygotowania do zawodów ulegną zmianie?
Przygotowania będą wyglądały tak samo. Trzeba dawać z siebie wszystko i walczyć do końca także w Pucharze Świata. Poza tym, po turnieju skandynawskim przyjdą loty. Nie ukrywam, że dla mnie to szczególne zawody. Skakanie sprawia ogromną frajdę szczególnie kiedy konkurs jest rozgrywany na "mamucie".

Muszę zadać jeszcze jedno pytanie. "Prezent" dla Thomasa Morgensterna już kupiony?
(śmiech) Na razie nie. Koledzy się ze mnie śmiali po konkursie i stwierdzili, że jestem specjalistą od prezentów, więc ja powinienem wymyślić coś dla Thomasa. Myślę jednak, że wszyscy musimy uzgodnić co i jak mamy zamiar wręczyć. W końcu, niektórzy po mistrzostwach mówili, że był naszym piątym zawodnikiem. Zgłosił problem i tym nam pomógł. Przedstawiciele FIS-u mówili, że rozpatrzą wniosek, ale potem ktoś inny zwrócił uwagę na sprawę. Chodzi o Niemców. Oni mają austriackich trenerów i to oni toczyli rozmowy w związku z problemem, jaki wyniknął.

niedziela, 3 marca 2013

Piękne chwile z Val di Fiemme









0:50, wsłuchajcie się
Piotrek: You go to FIS about Anders Bardal?
Thomas: Yes, after first round
Piotrek: You are our hero!



piątek, 1 marca 2013

Nadchodzi Stochomania

Czy po mistrzostwie świata Kamila Stocha w Polsce rozpocznie się „Stochomania”?
Apoloniusz Tajner: To bardzo prawdopodobne. Nie chodzi tu tylko o sukcesy, które Kamil odnosi na skoczniach, ale także o niego samego. O jego osobowość, sposób postrzegania świata, sposób mówienia. To niezwykle pozytywny i otwarty chłopak. Właśnie zaczął się olbrzymi obstrzał mediów, nawet dziś w hotelu dziennikarze maglowali Kamila przez ponad godzinę. Zadaniem jego drużyny jest ochrona Kamila przed skutkami tego sukcesu.

Stoch jako pierwszy polski skoczek utrzymał ciężar porównań z Adamem Małyszem. 
W końcu mu dorównał. Oczywiście nie sukcesami, ale umiejętnościami i sferą mentalną. W ogóle muszę powiedzieć, że sporą zasługę w medalu Kamila ma właśnie Adam.

Dał mu przykład, jak zwyciężać? 
Adam bardzo dużo rozmawiał z Kamilem. Przyjechał tu, do Włoch i był dobrym duchem drużyny. Czasami doświadczony zawodnik potrafi wyjaśnić młodszemu szczegóły, które momentami są kluczowe. Na przykład co zrobić, jak się człowiek denerwuje. Co zrobić? Poprawić sobie włosy! Proste? Ale jednak działa. Taka metoda przekazu jest czasami skuteczniejsza niż to, czego sami nauczyliśmy zawodnika. Rady Adama na pewno Kamilowi pomogły.

Na sukces Stocha zapracowała niezwykle liczna drużyna.
Nigdy sztab szkoleniowy kadry polskich skoczków nie był tak szeroki. Kamil współpracuje m.in. z Kamilem Wódką, naszym psychologiem. Pomagał także Małysz. Wiele osób dołożyło cegiełkę do tego medalu.

Niektórzy w swoim hurraoptymizmie okrzyknęli już Stocha „drugim” Małyszem. Nie za wcześnie? 
Kamil ma wielkie umiejętności, również jego psychika jest dziś na najwyższym poziomie. Proszę zwrócić uwagę na takiego Gregora Schlierenzauera. On ewidentnie zaczyna się gubić. Pojawia się jakaś nonszalancja, brak pewności siebie. Kamil już z tego wyrósł i jest znacznie bardziej stabilny psychicznie niż kilka lat temu. To sprawia, że możemy go porównywać z Adamem.

Italia jest dla naszych skoczków wyjątkowo szczęśliwa.
To tu przecież Adam Małysz zdobył dwa mistrzostwa świata w 2003 roku! Poza tym dla Kamila to także miejsce wyjątkowe. Najpierw we Włoszech po raz pierwszy punktował w klasyfikacji Pucharu Świata, później w Predazzo wygrał konkurs indywidualny, a teraz mistrzostwo świata. Viva Italia, Viva Polonia (śmiech).

Spodziewał się Pan tego sukcesu?
Kamil był typowany do zdobycia medalu, ale wiemy jak trudno jest triumfować. Są warunki pogodowe, samopoczucie, czasami można popełnić tez minimalny błąd i po wszystkim. Poza tym jest cała grupa zawodników, która miała walczyć o medale. Nie mówię już o samym Schlierenzauerze, ale też o świetnie skaczących Austriakach i Norwegach. Ale przyznam, że spodziewałem się miejsca na podium.

A Kamil i Łukasz Kruczek? W prywatnych rozmowach przyznawali, że może być złoto? 
W naszym środowisku panuje niepisana zasada, że o medalach nie rozmawiamy. Nie warto mącić sobie w głowie, szczególnie, że dużo zależy od warunków pogodowych i innych czynników. Chciałbym też pogratulować Łukaszowi Kruczkowi, bo zawodnik oczywiście musi mieć szczęście, ale szczęśliwy musi być także trener.

Szkoda, że szczęścia zabrakło podczas pierwszego konkursu w którym Stoch, mimo iż po pierwszej serii był 2., ostatecznie zajął dopiero 8. miejsce. 
Kamil popełnił wtedy drobny, naprawdę drobny błąd. Zabrakło metra i spokojnego lądowania, aby być w strefie medalowej. Natomiast w drugim konkursie wszystko było bezbłędne.

Przed Kamilem jeszcze kilka sezonów skakania. Oczekiwania będą teraz ogromne. 
Po tym mistrzostwie świata Kamil wyrasta na kandydata do medalu olimpijskiego w Soczi. Jestem pewny, że na pewno będzie skakał także w 2018 roku w południowokoreańskim Pyeongchang, a może nawet w 2022 w… Zakopanem (śmiech).

Widzę, że i Pana huraoptymizm porwał.
Miałby wtedy 35 lat. Kamil przez długie lata może odnosić wspaniałe sukcesy, a ja wierzę głęboko, że mistrzostwo świata z Włoch to początek jego wspaniałej drogi do sukcesów.

W sobotę skacze drużyna. Będzie medal?
I to wcale nie jest powiedziane, że ma być brązowy. Może nasi skoczkowie powalczą o coś więcej? Problem polega na tym, że na początku konkursu będzie słońce i pierwszej grupie zawodników będzie łatwiej. A później? To już loteria. Warunki na pewno nie będą tak równe, ale nasi tak skaczą równo i mogą zdobyć medal.

 Rozmawiał: Sebastian Staszewski, natemat.pl

Telefon od prezydenta

Kami Stoch przyznał, że po zdobyciu złotego medalu mistrzostw świata w skokach narciarskich dostał więcej smsów niż w święta Bożego Narodzenia, a najbardziej zaskoczył go telefon z Kancelarii Prezydenta RP.

"Zadzwoniła pani sekretarka i mówi "Łączę z prezydentem". A ja się pytam "z kim? Jaja sobie pani robi, kim pani w ogóle jest?" Dopiero gdy usłyszałem głos pana prezydenta to mnie postawiło do pionu. Rozmowa nie była długa, ale te gratulacje były bardzo miłe. Jestem patriotą. Dla mnie oznacza to godne reprezentowanie kraju nie tylko na skoczni, ale również poza zawodami" – podkreślił Stoch.

Innych nietypowych telefonów świeżo upieczony mistrz już nie miał, ale przyznał, że smsów dostał więcej niż z okazji świąt Bożego Narodzenia i nie zdołał jeszcze wszystkich przeczytać, o odpisywaniu nie wspominając. Polska reprezentacja nie mogła sobie pozwolić na wielkie świętowanie, bo przed zawodnikami w sobotę konkurs drużynowy. Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła nie wezmą co prawda udziału w piątkowym treningu na skoczni, ale musieli być gotowi do zajęć na sali gimnastycznej.

"Zasnąłem dość łatwo, ale obudziłem się już nad ranem. Nie byłem pewny, czy naprawdę zostałem mistrzem świata, czy tylko mi się śniło. Potem jednak zobaczyłem leżące wyniki kontroli antydopingowej i wszystko stało się jasne" – powiedział podopieczny Łukasza Kruczka

Wywalczone trofeum, czyli charakterystyczny medal mistrzostw w kształcie płatka śniegu na szyi 25-letniego zawodnika zawiśnie dopiero po godzinie 19. podczas oficjalnej ceremonii na Piazza dei Campioni w Cavalese. – Widziałem go już na moment wczoraj po konkursie. Mam nadzieję, że nigdzie nie zginie. Nie mogę się doczekać, jak go dostanę – przyznał.

Początek mistrzostw w Val di Fiemme nie był jednak dla Stocha udany. W sobotnim konkursie na średniej skoczni, po pierwszej serii był drugi, ale ostatecznie zajął ósme miejsce. W odzyskaniu równowagi psychicznej udział miała m.in. żona Ewa. – Miała przyjechać dopiero w środę wieczorem, ale zrobiła mi niespodziankę i pojawiła się już rano – zdradził.

Stoch uważa się za dobrego męża, ale przyznaje, że gotować nie potrafi. Chętnie wykonuje za to inne prace domowe oraz wspiera żonę w jej pasji, czyli fotografii. – Zawsze powtarzałem, że na mnie życie rodzinne działa bardzo dobrze. Dzięki temu nie realizuje się tylko jako sportowiec, ale również jako zwykły człowiek. O potomku jeszcze nie myślimy. Wolałbym, aby dziecko miało ojca w domu, a nie oglądało go głównie w telewizji – dodał.

Po złotym medalu MŚ kolejnym, naturalnym celem wydają się igrzyska olimpijskie. Okazja już za rok w Soczi. – Nie snuję tak dalekosiężnych planów. Medal igrzysk olimpijskich to oczywiście wielkie marzenie, ale nie mogę obiecać niczego poza tym, że dam z siebie wszystko. Zobaczymy, jaki przyniesie to efekt – podkreślił.

TRANSMISJA Z DEKORACJI MEDALOWEJ DZISIAJ O 19.15 NA TVP SPORT I SPORT.TVP.PL!

środa, 27 lutego 2013

Adam Małysz: "Mamy najsilniejszą drużynę w historii"

Adam Małysz przyjechał do Predazzo dopingować młodszych kolegów w konkursie narciarskich mistrzostw świata na dużej skoczni. "Orzeł z Wisły", który 10 lat temu w Val di Fiemme zdobył dwa złote medale MŚ, uważa, że Polska ma najsilniejszą drużynę w historii.

Polska Agencja Prasowa: W czwartek minie dokładnie 10 lat, od czasu gdy zdobył pan swój drugi złoty mistrzostw świata w Val di Fiemme. Odżyły wspomnienia po przyjeździe do Predazzo?
Adam Małysz: Taki powrót jest oczywiście bardzo przyjemny. Jednak atmosferę poczuję pewnie dopiero na skoczni, podczas jutrzejszego konkursu. Niewiele jeszcze widziałem, bo przyjechałem wczoraj wieczorem. Zwróciłem tylko uwagę, że jest nowe rondo, reszta chyba bez zmian.

Oglądał pan konkurs na średniej skoczni, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce?
Tak, w telewizji, w Zakopanem. Żal mi Kamila, bo miał duże szanse, żeby zdobyć medal. Na szczęście nic nie jest stracone, bo może mu się to udać na dużym obiekcie.

Po pierwszej serii Stoch zajmował drugie miejsce. Po zawodach przyznał, że nie czuł wyjątkowej presji przed finałowym skokiem.
To są mistrzostwa świata, jedna z najważniejszych imprez, a w tym roku najważniejsza, bo nie ma igrzysk olimpijskich. Zawodnik, nawet nieświadomie, będzie trochę zestresowany. Tego się nie da uniknąć i to ma zawsze jakiś wpływ. Kamil ten skok zepsuł. Może nie jakoś bardzo, ale popełnił błąd po wyjściu z progu. Później walczył o odległość, czego konsekwencją było złe lądowanie i gorsze noty za styl.

Oprócz czwartkowych zmagań indywidualnych, przed Polakami jeszcze sobotni konkurs drużynowy. Jak ocenia pan ich szanse?
Jestem pewny, że mamy najmocniejszą drużynę w historii. Tak wyrównanej kadry po prostu jeszcze w Polsce nie było. Oczywiście, nie można rozdawać medali przed zawodami. Patrząc jednak na to w jakiej są formie, to na pewno będą się liczyli w walce o podium.

Będzie pan służył radą młodszym kolegom?
Nie zamierzam wchodzić w kompetencje trenera. Nie chcę, żeby ktoś mówił, że przyjechałem coś naprawiać. Jeśli któryś z zawodników zapyta mnie np. o to jak radzić sobie ze stresem, to ja chętnie jakiś wskazówek udzielę. Jeśli chodzi o samą skocznię, o to jak się na niej zachowywać, to mogę opowiedzieć szkoleniowcom o swoich doświadczeniach. Oni, jeśli uznają za stosowne, dalej to przekażą. Bezpośrednio nie będę niczego mówił, bo to może zrodzić jakieś nieporozumienia.

W skokach coraz większą rolę odgrywają kobiety. W tym roku po raz pierwszy rozegrano konkurs drużyn mieszanych. Co pan sądzi o żeńskiej rywalizacji?
To jest dyscyplina, która się rozwija i ma przed sobą ciekawą przyszłość. Parę lat temu były dwie, trzy zawodniczki potrafiące skakać, a na resztę żal było patrzeć. Teraz jest 15-20 takich, które da się oglądać, czasem nawet z przyjemnością. Jestem wielkim fanem Japonki Sary Takanashi. Zachwyciłem się, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz na mistrzostwach świata juniorów. Mała, drobna, a skacze niesamowicie. Ma wielki talent. U nas trenują głównie dziewczynki w wieku 8-10 lat. Mam nadzieję, że chociaż dwie dotrwają do wieku seniora i będziemy mieli z nich pociechę.

sportowefakty.pl

poniedziałek, 25 lutego 2013

Kamil Stoch mówi o sobotnim konkursie

Kamil Stoch dzisiejszymi skokami treningowym na dużej skoczni w Predazzo pokazał, że szybko pozbierał się po nieudanym sobotnim występie.

"Te moje dzisiejsze skoki, a zwłaszcza te dwa ostatnie, były bardzo fajne. Zresztą ten pierwszy też wcale nie był zły, tylko przez te nierówności odbiłem się trochę z jednej nogi. Te moje poniedziałkowe skoki są następstwem tego, co się wydarzyło w sobotę. Bo tego dnia moje skoki też były dobre, poza tym jednym w drugiej serii" - mówił na łamach Onet.pl Kamil Stoch.

"W pierwszym skoku dało się mocno odczuć, że coś jest nie tak z tymi torami. W kolejnym nie było już większych problemów, a poza tym starałem się też jechać bardziej swobodnie i od razu przestałem czuć te nierówności" - dodał.

 Najlepszy nasz zawodnik powrócił także do sobotniego konkursu na skoczni normalnej.

"Ten skok praktycznie nie różnił się niczym od tych treningowych. Nie była to tragiczna próba, jak mi się początkowo wydawało. Nie był też jednak tak dobry, jak dwa wcześniejsze. W tym finałowym skoku zrobiłem drobny błąd w powietrzu, spinając się troszkę i przez to źle doszedłem do lądowania. W niedzielę wieczorem odbyłem też rozmowę z psychologiem. Na spokojnie przeprowadziliśmy analizę. Porozmawiałem też z trenerem. Zresztą z nim rozmawiałem też po konkursie, kiedy jechaliśmy ze skoczni do hotelu. Szkoda tego konkursu, ale tak bywa. Czasami dajemy wszystko z siebie, robimy co w naszej mocy, ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Wiadomo, w takich sytuacjach, jak ta sobotnia, na początku jest złość i frustracja. Uczucia mieszają się. Wszystko gotuje się w środku i chciałoby się to wszystko wyrzucić z siebie, ale czasami nie ma jak. Najchętniej posiedziałbym w samotności w takiej chwili. A tymczasem po konkursie trzeba porozmawiać z dziennikarzami. Po zawodach wszędzie coś się dzieje. Dlatego nie mogłem tak całkowicie wyrzucić z siebie tego wszystkiego po konkursie tak, jakbym chciał. Dopiero poprzez późniejsze rozmowy udało się to. Zrozumiałem, że ten wynik nie jest żadną wielką katastrofą. Teraz muszę na to wszystko spojrzeć z innej perspektywy i iść dalej z podniesioną głową" - zakończył Kamil Stoch.

Hannu Lepistoe: "Na dużej skoczni Kamil będzie groźniejszy"

Były trener Adama Małysza Fin Hannu Lepistoe uważa, że Kamil Stoch ma znacznie większe szanse na medal mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym na dużej skoczni niż na normalnej. Liczy też na Polaków w konkursie drużynowym.

TVP Sport: Jak ocenia pan sobotni konkurs na obiekcie HS 106, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce, ale po pierwszej serii był drugi? Czy to kwestia psychiki?
Hannu Lepistoe: Na pewno nie. Psychikę Kamil ma mocną i nie mam żadnych ku temu wątpliwości. Zawodnik nie wygrywa konkursów Pucharu Świata przez przypadek, a Stoch takie triumfy ma już na koncie. Pierwsza jego próba w sobotę była niemal idealna. Technicznie nie popełnił żadnego błędu. W drugim niestety zepsuł lądowanie. To w dużej mierze przesądziło o tym, że nie znalazł się na podium.

Mistrzem świata we włoskim Predazzo został Norweg Anders Bardal, drugi był Austriak Gregor Schlierenzauer, a trzeci Słoweniec Peter Prevc. Czy zaskoczyły pana takie rozstrzygnięcia?
Nie, ale nie pamiętam, kiedy po raz ostatni konkurs na normalnej skoczni był na tak wysokim poziomie. Najmniejszy błąd eliminował z czołowych lokat.

Jak pan ocenia postawę Stocha?
To, co się stało z nim w drugiej próbie, to był przypadek. Mogło się to też przytrafić Gregorowi Schlierenzauerowi, czy Thomasowi Morgensternowi. Takie rzeczy się zdarzają i pewnie nikt by tego nie rozpamiętywał, gdyby to nie były mistrzostwa świata.

Czyli to samo może się zdarzyć w czwartek na dużej skoczni?
Byłbym zaskoczony, bo uważam, że Kamil powinien być znacznie groźniejszy. Technicznie jest bardzo dobry. Skacze czysto, pewnie i nie popełnia błędów. Na większym obiekcie to właśnie będzie odgrywało znacznie większą rolę. Zresztą faworytów zbyt wielu nie ma. Oprócz Polaka mocni będą jeszcze Austriacy - Schlierenzauer i Morgenstern, oczywiście Bardal i nie lekceważyłbym też Japończyka Taku Takeuchiego. Zresztą uważam, że i Maciej Kot może sprawić miłą niespodziankę.

Doskonale zna pan Adama Małysza. Doprowadził go pan między innymi do dwóch srebrnych medali olimpijskich w Vancouver. Widzi pan jakieś podobieństwa między nim a Stochem?
To oczywiście całkowicie inne typy charakteru, osobowości, ale na pewno talenty mają porównywalne. Adam przez wiele lat był na szczycie. Ale Kamilowi nie brakuje wiele. Chyba najwięcej to szczęścia. Technicznie jest poukładany. Psychikę ma mocną. Pamiętajmy, że wiele zależy także od rywali. Jeśli oni są bardzo dobrze dysponowani, to nawet z wysoką formą jest czasami trudno, jeśli nie ma szczęścia. W tym sporcie naprawdę wiele zależy od danego dnia.

W sobotę konkurs drużynowy. Ma pan swoich faworytów?
Moim zdaniem Austriacy będą bezkonkurencyjny. Nie można lekceważyć Norwegów i Niemców. Ponadto Polacy, którzy pokazali, że są bardzo dobrze przygotowani i na treningach prezentują się bardzo dobrze.

A Słoweńcy?
Ja na nich nie stawiam. Chyba nie będą się liczyć. Medale zostaną rozdane wśród innych nacji.

sobota, 23 lutego 2013

Anders Jacobsen wyjawia 'sekret' swoich butów

Norweski skoczek Anders Jacobsen wyjawił, że jego "tajemnicze" buty, które podobno pozwalały oddawać dłuższe skoki podczas Turnieju Czterech Skoczni były blefem i miały na celu wyprowadzenie z równowagi psychicznej skoczków austriackich.

"Tym razem rozgłosiłem podczas mistrzostw świata w Val di Fiemme, że mam nowszy model tych butów i zupełnie nowe narty" - powiedział Jacobsen, który sensacyjnie wygrał dwa pierwsze konkursy ostatniego TCS i zakończył rywalizację na drugim miejscu w punktacji generalnej.

"Wymyśliliśmy to z trenerem Alexandrem Stoecklem, który jako Austriak był dla rywali bardzo wiarygodny i celem było wprowadzenie nerwowej atmosfery w reprezentacji Austrii. Udało się znakomicie. Austriackie media opisywały moje nowe buty codziennie podczas TCS, a działacze z tego kraju protestowali nawet w międzynarodowej federacji narciarskiej FIS" - przyznał skoczek w norweskiej telewizji.

Stoeckl wyjaśnił, że tajemnica dłuższych skoków Jacobsena leżała w nowych nartach, a buty były manewrem odwracającym uwagę: "Po dokładnej analizie budowy ciała i siły mięśni Andersa dobraliśmy mu nieco twardsze narty i faktycznie zaczął od razu oddawać dłuższe skoki. W butach nic nie zmieniono od 20 lat, więc nasza rewolucyjna konstrukcja według wersji opracowana przez mojego ojca Paula musiała wywołać u rywali zamieszania, zwłaszcza, że po każdym skoku buty Andersa i Toma Hilde były chowane do worka".

Podkreślił, że najciekawsza była karykatura w niemieckich mediach i na stronie FIS przedstawiająca Norwegów skaczących w czerwonych damskich szpilkach pod tytułem "The Stoeckelschuh".

"W języku niemieckim tak się nazywa ten typ butów i tytuł rysunku Thomasa Zipfela wspaniale pasował do mojego nazwiska, lecz co najważniejsze doprowadziliśmy austriackich skoczków do frustracji" - powiedział trener.

Jacobsen podkreślił, że skoki narciarskie podczas najważniejszych imprez, takich jak igrzyska olimpijskie i mistrzostwa świata, są wielką wojną nerwów i po raz pierwszy opowiedział o powodach zakończenia kariery przed dwoma laty, zaraz po mistrzostwach świata w Oslo.

"Wygrałem kwalifikacje. Podczas konkursu na własnej skoczni przed 50 tysiącami norweskich kibiców czułem się pobudzony. Pierwszy skok na odległość 134 metrów udał mi się znakomicie i byłem drugi. W drugiej serii przed wejściem na belkę byłem pełen wiary w siebie, lecz tuż przed skokiem w kilka sekund opanowała mnie panika i paraliżujący strach. Poczułem się jak początkujący, zupełnie zielony skoczek, spaliłem skok i zakończyłem rywalizację dopiero na 9. miejscu" - powiedział Norweg.

Dodał, że decydujący wpływ na decyzję odejścia od sportu miał ówczesny trener Norwegów Fin Mika Kojonkoski. "Kiedy załamany przyszedłem do przebieralni, trenera tam już nie było. Oczekiwałem pocieszenia i wsparcia, których nigdy nie otrzymałem. Następny dzień przeleżałem w hotelowym łóżku w kompletnej samotności, chociaż w Hoenefoss czekała na mnie rodzina. Podjąłem decyzję o końcu kariery i dopiero Stoeckl przekonał mnie do powrotu" - opowiedział Jacobsen.

Wojciech Fortuna: Polska ma szansę na medal

Przegląd Sportowy: Pierwsza kadra przed mistrzostwami świata odpuściła loty w Oberstdorfie. Czy trener Łukasz Kruczek podjął dobrą decyzję?
Wojciech Fortuna: Chłopcy potrzebowali spokojnych treningów i dlatego ostatnie dni przed wylotem do Włoch spędzili w Szczyrku. Skakanie na mamucie mogłoby ich rozregulować. Szkoda jedynie, że szkoleniowiec nie zabrał do Val Di Fiemme Klimka Murańki. Nie można go krytykować za słabe loty w Niemczech, bo przecież skakał na wymagającej skoczni mamuciej. Warto czasami dać szansę takim młodym zawodnikom. Ja podczas wygranych przeze mnie igrzysk olimpijskich w Sapporo miałem zaledwie 19 lat, ale trenerzy mi zaufali.

Czy Kamil Stoch ma szansę na medal w konkursach indywidualnych?
Ostatnio nie zachwycał i na dodatek przydarzyła się ta wpadka z kombinezonem (został zdyskwalifikowany po konkursie w Klingenthal – przyp. red.), ale liczę, że we Włoszech będzie skakał jak natchniony. Kamil ma sakramenckie odbicie, ale musi jeszcze popracować nad sylwetką w locie. Włączyć w powietrzu turbo diesel. Wypchnąć nogi i dać się jeszcze bardziej wynieść. Idealnie to robił Adam Małysz. Jak źle wyszedł z progu, to potrafił nadgonić sporo w powietrzu. Tą sztukę opanowali też znakomicie Gregor Schlierenzauer, Thomas Morgenstern i Andreas Kofler, ale w tym sezonie ci dwaj ostatni skaczą mizernie.

Jak pan ocenia naszą drużynę?
Drugi po Stochu Maciej Kot robi ogromne postępy. Już na początku zimy mówiłem, że to będzie sezon Kota. Chłopak potwierdził swoje ogromne możliwości. Ma dobrą technikę, jest ambitny i zadziorny. Nie zadowala się byle czym. Pamiętam doskonale jak Hannu Lepistoe, odchodząc, mówił: „To wartościowy skoczek. Nie zepsujcie go". Chłopak fajnie się rozwija. W tym sezonie przecież zdobył już w Pucharze Świata o wiele więcej punktów niż w poprzednim. Piotrek Żyła to kolejna pozytywna postać. Lubię słuchać, jak mówi po góralsku. Wesołek z niego. Nie wiadomo, na kogo jeszcze postawi trener Kruczek. Ja dałbym szansę Dawidowi Kubackiemu, który w środę dobrze się prezentował na treningach we Włoszech. Ma wahania formy, ale potrafi czasami jak torpeda wylecieć z progu. Kubacki musi popracować również nad lotem. Fortuna będzie im sprzyjać i może będziemy świętować wreszcie medalowe podium w drużynie. Moim zdaniem, walka o krążki rozstrzygnie się pomiędzy Austrią, Słowenią, Norwegią i oczywiście Polską. Wiem, że niektórzy skreślają podopiecznych Alexandra Pointnera, ale nie zdziwię się, jeśli Morgenstern znowu zacznie daleko szybować. Ostatnio dawno nie brał udziału w Pucharze Świata, ale skoro dostał się do drużyny na mistrzostwa, musi prezentować odpowiednią formę.

Kto będzie bohaterem mistrzostw?
Gregor Schlierenzauer to główny kandydat do dwóch złotych medali, lecz możliwe, że pokrzyżują mu plany Słoweńcy i Norwegowie. Z przyjemnością patrzę jak Jaka Hvala potrafi utrzeć nosa najlepszym na świecie. Jego starszy kolega Robert Kranjec również imponuje formą. Widać, że w tym kraju potrafią świetnie szkolić skoczków. Szkoda, że wyczucia nie mają działacze FIS. Ten sezon pokazuje absurdy nowego systemu oceniania. Podczas Pucharu Świata w Harrachovie Wolfgang Loitzl skoczył dwadzieścia metrów dalej niż „Schlieri", a mimo to uplasował się daleko za swoim młodszym rodakiem. W Klingenthal Krzysiek Miętus miał świetny skok na odległość 145 metrów i nie dało mu to nawet miejsca w pierwszej trójce. Oby podczas mistrzostw świata nie dochodziło do takich wynaturzeń, bo te austriackie wyliczenia z belkami i wiatrem nie wpływają wcale na to, że rywalizacja jest bardziej sprawiedliwa.

piątek, 22 lutego 2013

Anders Jacobsen: "Jacobsen: Polacy są silni, każdy to widzi"

Anders Jacobsen, jeden z faworytów konkursów skoków narciarskich na mistrzostwach świata w Val di Fiemme, nie ma wątpliwości, że wśród pretendentów do medali należy upatrywać także Polaków. - Są silni, każdy to widzi - przekonuje w rozmowie z "Przeglądem Sportowym".

Pierwszy konkurs skoków, na skoczni normalnej, zaplanowano na sobotę. Jacobsen jest stawiany w gronie jego faworytów, choć on sam bardziej nastawia się na zawody na skoczni dużej.

"Wydaje mi się, że będę mocniejszy na dużym obiekcie. Medale można zdobywać jednak także na normalnej skoczni, więc będę o nie walczył jak potrafię" - powiedział.

Norweg nie ma wątpliwości, że najgroźniejszy z całej stawki skoczków jest lider Pucharu Świata, Gregor Schlierenzauer. Przekonuje jednak, że obawiać należy się także Polaków.

"Są też inni, choćby Polacy. Przed nami konkurs na normalnej skoczni, więc może Dawid Kubacki, który pokazywał się tu z bardzo dobrej strony? Na tej większej silny będzie Kamil Stoch" - ocenił Jacobsen dodając, że wcale nie powiedział tak wyłącznie dlatego, że rozmawiał z polskim dziennikarzem. - "Polacy są silni, po prostu, i każdy to widzi" - zakończył.

Do sobotniego konkursu awansowało czterech reprezentantów Polski. Kubacki, Kot i Żyła uplasowali się w pierwszej "10" piątkowych kwalifikacji. Kamil Stoch z racji wysokiej pozycji w PŚ miał zapewniony awans do konkursu.

wtorek, 19 lutego 2013

Adam Małysz o szansach Polaków na MŚ

Rzeczpospolita: Jutro otwarcie pierwszych od wielu lat narciarskich mistrzostw świata bez Adama Małysza. Nieswojo? 
Adam Małysz: Nie. Dobrze mi tu, gdzie jestem. Nie nudzę się, propozycji jest mnóstwo. Czas przemija, wieku nie przeskoczę.

Janne Ahonen chyba uważa inaczej, bo znowu chce wracać. 
On mnie rozbraja swoimi pomysłami. Już pierwszy jego powrót był dziwny, a teraz Janne wymyślił kolejny. Może nie szło mu w tym, co zaczął robić po karierze? Bardzo liczy na to, że zdobędzie olimpijski medal w Soczi. Życzę mu tego, ale nie sądzę, żeby się udało. Zbyt wiele się zmieniło. Technika, kombinezony, przybyło młodych zdolnych. Ale w fińskiej kadrze pewnie i tak będzie najlepszy, bo tam teraz straszna bieda. Ponoć właśnie po to wraca, by pomóc to trochę dźwignąć. Ale jeśli on jeden ma wszystko nieść, to mu współczuję. I trzymam kciuki.

Mistrzostwa wracają po dziesięciu latach do Val di Fiemme, gdzie pan został podwójnym mistrzem świata. To były najmilsze chwile w karierze? 
Jedne z najmilszych, ale nigdy tego nie rozdzielałem: tu bardziej miło, tu mniej. Zawsze dobrze skakałem w Predazzo, choć wielu tej skoczni nie lubi, tam zwykle wieje z tyłu. Dwa zwycięstwa smakowały szczególnie, bo wcześniej przyszedł kryzys. Mało kto liczył, że wygram choć jeden konkurs, a co dopiero dwa. Czułem się tak lekko, nad niczym się nie zastanawiałem. Raz, raz – i poszło. Ale miałem wcześniej jakąś wewnętrzną pewność, że będzie dobrze. Gdy odpuszczałem ostatnie przed MŚ zawody w Willingen i jechałem do Ramsau, wiedziałem, że jak przepracuję wszystko od A do Z, będę walczył o medal.

A teraz mamy szansę na medal w skokach? Kamil Stoch cały czas jest blisko podium, ale jeszcze tej zimy nie wygrał.
Analizuję skoki Kamila, rozmawiam o nich z Łukaszem Kruczkiem. Jeśli Kamil mocno popracuje na progu, wtedy skok jest bez zarzutu. Ale czasem od razu po wyjściu widać, że nie poleci daleko, brakuje mocy, jest – mówiąc naszym językiem – za nartami. Może brakuje mu tego jednego wystrzału, po którym wszystko wskoczy na swoje miejsce i zacznie się ładna seria. Czemu nie na mistrzostwach, Kamil lubi skocznię w Predazzo. Dziś każdy w Pucharze Świata liczy się ze Stochem, ale też nikt go nie wymieni jako głównego faworyta. To świetna pozycja do ataku. Kamilowi sprzyja to, że choć jest liderem kadry, ma obok siebie kolegów, którzy też potrafią wskoczyć do pierwszej dziesiątki, wyprzedzić go. Nie musi wszystkiego brać na plecy.

Drużyna ma większe szanse na podium niż Kamil Stoch?
Piąte miejsce w ostatniej drużynówce w Willingen to było najlepsze, co nam się mogło przytrafić. Bo po drugim miejscu w Zakopanem głowy się zagrzały, wielu nas już wepchnęło na podium. Możliwości mamy duże, ale dobrze, że trochę o nas przycichło, lepiej nam zrobi, jak wyskoczymy z cienia. Wiem, co mówię, przeżyłem to w Val di Fiemme.

Medalowa szansa drużyny bez Małysza – kilka lat temu brzmiałoby to absurdalnie. 
A ja zawsze byłem optymistą. Widziałem, co się działo na małych skoczniach, od kiedy zacząłem odnosić sukcesy. Dzieci setkami zgłaszały się do klubów, w samej Wiśle było wtedy 300 chętnych, sprzętu zabrakło. Gdy zaczynałem, było nas 40, a potem zostałem sam. Więc jeśli to przyjąć za regułę, z 300 chętnych zostanie siedmiu, ośmiu dobrych skoczków. A to była tylko Wisła. Wiedziałem, że musi powstać polska szkoła skoków, mocna drużyna. I ten boom trwa, teraz już nawet i dziewczynki zaczęły się zgłaszać. Nie ma wyrwy między seniorami a juniorami, powinno być jeszcze lepiej. Dołożyłem do tego swoje trzy grosze, daje mi to niesamowitego kopa.

Ale problemów też mamy sporo: niszczeją małe skocznie, Średnia Krokiew straciła homologację, trenerzy w klubach zarabiają śmiesznie mało w porównaniu z tymi, którzy pracują z młodzieżą np. w Austrii. 
Trzeba twardej ręki, kogoś, kto przypilnuje całości. Dla mnie to jest niepojęte, że w Zakopanem nie ma poza Pucharem Świata właściwie żadnych zawodów w skokach, bo cena jest zaporowa. Państwowa instytucja, taka jak Centralny Ośrodek Sportu, ma służyć sportowcom. A COS przeszkadza, zawodnicy nie mogą tam trenować i jeżdżą do Szczyrku oraz Wisły, gdzie skocznię przejął związek. Będzie łatwiej, jeśli przyjdą kolejne sukcesy. Dobrze, że nasi odpuścili ostatnie konkursy przed mistrzostwami, na mamucie w Oberstdorfie można było tylko coś zepsuć. Potrenowali w Szczyrku na skoczni, która ich wprawia w dobry nastrój, jak mnie Ramsau. Tylko Piotrkowi Żyle to wszystko jedno, on nastrój ma zawsze.

Został dzięki temu medialną gwiazdą. Mówią, że kiedyś Polacy skrzykiwali się przed telewizory: chodź, Adam skacze, a teraz: chodź, Żyła mówi. 
Ludzie lubią jego naturalność. Piotrek skacze teraz lepiej niż kiedykolwiek, nie musi wygrywać, kibice i tak są za nim. Wybaczają mu, gdy coś palnie, bo jest sobą. Nie zapomina, skąd wyszedł, to jest bardzo ważne. Ja też strasznie nie lubię, jak ktoś mnie poprawia, gdy mówię gwarą. Nie możemy być wszyscy tacy sami. Piotrek pracuje najciężej ze wszystkich kadrowiczów, a predyspozycje do tego sportu ma może najlepsze w Polsce. Gdyby sobie tak jeszcze dał pomóc z techniką... To jest indywidualista, trudny do prowadzenia, Łukasz Kruczek nieraz na to narzekał. Jak mu się powie, że ma coś zrobić, to nie przyjmuje do wiadomości, póki tego nie przetrawi. Albo przyjmie, spróbuje dwa razy, a potem wraca do swoich pomysłów.

Jest jeszcze trzeci kandydat na lidera, Maciej Kot. 
To wielki talent, czasami mam tylko wrażenie, że za bardzo roznosi go ambicja. Maciek chce udowodnić, że wygrane w Letniej Grand Prix nie były przypadkiem, że potrafi je powtórzyć zimą. Potrafi, tylko musi podejść do tego spokojniej.

Gregor Schlierenzauer będzie największą gwiazdą mistrzostw? 
Jest wielkim faworytem. Nawet gdy psuje skok, tak jak ostatnio w Klingenthal, to potrafi jeszcze bardzo dużo wyciągnąć. A jeśli odda dobry skok, to nie ma teraz na niego mocnych. Dojrzał, uspokoił się. Ma takie dźwignie w nogach, że nawet bez eksplozji na progu potrafi daleko lecieć.

Skoczkowie za nim nie przepadają, pan miał z nim dobry kontakt? 
Nie narzekałem. Gregor po prostu nie jest wylewny, chwilę porozmawia i się wyłącza. Ma swój świat, znakomicie się koncentruje.

Schlierenzauer bije rekordy, ale Austriacy jako drużyna nie wygrali tej zimy jeszcze żadnego konkursu. Wrócą do dawnej potęgi? 
Największą zagadką jest Thomas Morgenstern, nie skacze od dawna i chyba nie chodzi tylko o to, że chciał być z rodziną po narodzinach córki. Andreas Kofler też wyskoczył na krótko, a teraz nie może sobie poradzić. Austriaków zaskoczyła zasada „zero tolerancji" w sprawie kombinezonów. Liczyli, że nie będzie aż tak ostrych kontroli. Wiem z dobrego źródła, że na początku, w lecie, mieli ogromne problemy. Zimę zaczęli dobrze, a potem się posypało. Pierwszy raz od dawna nie ma faworyta do drużynowego złota. Rewelacją są Słoweńcy, ale presja zaczyna im ciążyć, a jeśli będzie wiało z tyłu, będą w opałach, bo to lotnicy.

Wybiera się pan do Val di Fiemme? 
Zapraszają mnie organizatorzy, kuszą telewizje. Ale mam w Zakopanem 24 lutego „Zjazd na krechę" z Red Bullem, więc zawody na średniej skoczni mnie ominą. Postaram się być w drugim tygodniu. Powspominać i być przy tym, jak się będą rodzić nowe wspomnienia.

Maciej Kot martwi się o kombinezon

SPORT.TVP.PL: Jak oceniasz swoją dyspozycję przed MŚ?
Maciej Kot: Na zgrupowaniu w Szczyrku skakało mi się bardzo dobrze. Jestem zadowolony z całego obozu i z tego, co udało mi się tam wypracować. Czuję, że forma jest bardzo dobra i teraz czekam na moment, aż będę mógł pokazać ją w Predazzo.

Testowaliście nowy sprzęt. Jesteś z niego zadowolony?
Szczerze mówiąc jedyne, co nie daje mi spokoju przed MŚ to właśnie kombinezon... Do tej pory nie wiem, w którym będę skakał. Nowe kombinezony okazały się gorsze niż te poprzednie, a ten w którym skakałem jeszcze niedawno, jest już bardzo zużyty. Pozostaje mi kombinezon, który dostałem od Piotrka Żyły, bo on w nim nie skacze. Posiada jednak za krótkie nogawki i jeśli czegoś nie wymyślę, to mogę zostać za to zdyskwalifikowany. Jak na razie wybór nie jest łatwy, bo najlepszy kombinezon ma za krótkie nogawki, a reszta jest gorsza. Przez to nie mam jeszcze spokojnej głowy. Mam nadzieję, że zmieni się to na miejscu po treningach.

W Szczyrku trenowaliście na skoczni K95. Mistrzostwa świata również zaczną się na takim obiekcie. Czy to ma znaczenie?
Niewielkie, ale ma. Czasami ciężko jest się przestawić ze skoczni mamuciej na normalną w ciągu kilku dni. Myślę, że to będzie nasza przewaga, że trenowaliśmy na mniejszej skoczni i od takiej zaczniemy MŚ.

Skocznie we Włoszech są dosyć specyficzne, obie posiadają długi najazd...
Nie lubię ani zbyt długich najazdów, ani zbyt płaskich. Jednak ten w Predazzo mieści się w normie i nie mam z nim problemów. Na takim długim i płaskim dojeździe istotne są warunki atmosferyczne. Jeśli pada śnieg, bądź jest ciepło wtedy zaczynają się kłopoty.

Jak czujesz się przed rozpoczęciem MŚ?
Moje samopoczucie jest bardzo dobre. Nie mogę na nie narzekać. Ostatnie dni były dla mnie bardzo udane i patrzę z optymizmem w przyszłość. MŚ to najważniejsza impreza sezonu i jestem dodatkowo zmotywowany. Jest to dla mnie ważniejszy start niż w przypadku PŚ. Jednak podejście do samych skoków się nie zmienia. Nie można chcieć zrobić więcej, bo to może pociągnąć za sobą negatywne skutki. Trzeba tylko zrobić swoje.

Jeśli chodzi o drużynę, to jesteście chyba już dobrze zgrani?
Tak, zdecydowanie, Myślę, że jesteśmy jedną z najbardziej zgranych drużyn w Pucharze Świata. Potrafimy żartować, śmiać się, dobrze się bawić. Jednak nie zapominamy przy tym o treningach i obowiązkach. Wszystko to tworzy dobrą atmosferę, która sprzyja osiąganiu dobrych wyników. Chociaż czasami jak wyjazd jest długi, to chyba każdy ma ochotę odpocząć od kolegów i chętnie wraca do domu.