Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Małysz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Małysz. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lutego 2013

Adam Małysz: "Mamy najsilniejszą drużynę w historii"

Adam Małysz przyjechał do Predazzo dopingować młodszych kolegów w konkursie narciarskich mistrzostw świata na dużej skoczni. "Orzeł z Wisły", który 10 lat temu w Val di Fiemme zdobył dwa złote medale MŚ, uważa, że Polska ma najsilniejszą drużynę w historii.

Polska Agencja Prasowa: W czwartek minie dokładnie 10 lat, od czasu gdy zdobył pan swój drugi złoty mistrzostw świata w Val di Fiemme. Odżyły wspomnienia po przyjeździe do Predazzo?
Adam Małysz: Taki powrót jest oczywiście bardzo przyjemny. Jednak atmosferę poczuję pewnie dopiero na skoczni, podczas jutrzejszego konkursu. Niewiele jeszcze widziałem, bo przyjechałem wczoraj wieczorem. Zwróciłem tylko uwagę, że jest nowe rondo, reszta chyba bez zmian.

Oglądał pan konkurs na średniej skoczni, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce?
Tak, w telewizji, w Zakopanem. Żal mi Kamila, bo miał duże szanse, żeby zdobyć medal. Na szczęście nic nie jest stracone, bo może mu się to udać na dużym obiekcie.

Po pierwszej serii Stoch zajmował drugie miejsce. Po zawodach przyznał, że nie czuł wyjątkowej presji przed finałowym skokiem.
To są mistrzostwa świata, jedna z najważniejszych imprez, a w tym roku najważniejsza, bo nie ma igrzysk olimpijskich. Zawodnik, nawet nieświadomie, będzie trochę zestresowany. Tego się nie da uniknąć i to ma zawsze jakiś wpływ. Kamil ten skok zepsuł. Może nie jakoś bardzo, ale popełnił błąd po wyjściu z progu. Później walczył o odległość, czego konsekwencją było złe lądowanie i gorsze noty za styl.

Oprócz czwartkowych zmagań indywidualnych, przed Polakami jeszcze sobotni konkurs drużynowy. Jak ocenia pan ich szanse?
Jestem pewny, że mamy najmocniejszą drużynę w historii. Tak wyrównanej kadry po prostu jeszcze w Polsce nie było. Oczywiście, nie można rozdawać medali przed zawodami. Patrząc jednak na to w jakiej są formie, to na pewno będą się liczyli w walce o podium.

Będzie pan służył radą młodszym kolegom?
Nie zamierzam wchodzić w kompetencje trenera. Nie chcę, żeby ktoś mówił, że przyjechałem coś naprawiać. Jeśli któryś z zawodników zapyta mnie np. o to jak radzić sobie ze stresem, to ja chętnie jakiś wskazówek udzielę. Jeśli chodzi o samą skocznię, o to jak się na niej zachowywać, to mogę opowiedzieć szkoleniowcom o swoich doświadczeniach. Oni, jeśli uznają za stosowne, dalej to przekażą. Bezpośrednio nie będę niczego mówił, bo to może zrodzić jakieś nieporozumienia.

W skokach coraz większą rolę odgrywają kobiety. W tym roku po raz pierwszy rozegrano konkurs drużyn mieszanych. Co pan sądzi o żeńskiej rywalizacji?
To jest dyscyplina, która się rozwija i ma przed sobą ciekawą przyszłość. Parę lat temu były dwie, trzy zawodniczki potrafiące skakać, a na resztę żal było patrzeć. Teraz jest 15-20 takich, które da się oglądać, czasem nawet z przyjemnością. Jestem wielkim fanem Japonki Sary Takanashi. Zachwyciłem się, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz na mistrzostwach świata juniorów. Mała, drobna, a skacze niesamowicie. Ma wielki talent. U nas trenują głównie dziewczynki w wieku 8-10 lat. Mam nadzieję, że chociaż dwie dotrwają do wieku seniora i będziemy mieli z nich pociechę.

sportowefakty.pl

wtorek, 19 lutego 2013

Adam Małysz o szansach Polaków na MŚ

Rzeczpospolita: Jutro otwarcie pierwszych od wielu lat narciarskich mistrzostw świata bez Adama Małysza. Nieswojo? 
Adam Małysz: Nie. Dobrze mi tu, gdzie jestem. Nie nudzę się, propozycji jest mnóstwo. Czas przemija, wieku nie przeskoczę.

Janne Ahonen chyba uważa inaczej, bo znowu chce wracać. 
On mnie rozbraja swoimi pomysłami. Już pierwszy jego powrót był dziwny, a teraz Janne wymyślił kolejny. Może nie szło mu w tym, co zaczął robić po karierze? Bardzo liczy na to, że zdobędzie olimpijski medal w Soczi. Życzę mu tego, ale nie sądzę, żeby się udało. Zbyt wiele się zmieniło. Technika, kombinezony, przybyło młodych zdolnych. Ale w fińskiej kadrze pewnie i tak będzie najlepszy, bo tam teraz straszna bieda. Ponoć właśnie po to wraca, by pomóc to trochę dźwignąć. Ale jeśli on jeden ma wszystko nieść, to mu współczuję. I trzymam kciuki.

Mistrzostwa wracają po dziesięciu latach do Val di Fiemme, gdzie pan został podwójnym mistrzem świata. To były najmilsze chwile w karierze? 
Jedne z najmilszych, ale nigdy tego nie rozdzielałem: tu bardziej miło, tu mniej. Zawsze dobrze skakałem w Predazzo, choć wielu tej skoczni nie lubi, tam zwykle wieje z tyłu. Dwa zwycięstwa smakowały szczególnie, bo wcześniej przyszedł kryzys. Mało kto liczył, że wygram choć jeden konkurs, a co dopiero dwa. Czułem się tak lekko, nad niczym się nie zastanawiałem. Raz, raz – i poszło. Ale miałem wcześniej jakąś wewnętrzną pewność, że będzie dobrze. Gdy odpuszczałem ostatnie przed MŚ zawody w Willingen i jechałem do Ramsau, wiedziałem, że jak przepracuję wszystko od A do Z, będę walczył o medal.

A teraz mamy szansę na medal w skokach? Kamil Stoch cały czas jest blisko podium, ale jeszcze tej zimy nie wygrał.
Analizuję skoki Kamila, rozmawiam o nich z Łukaszem Kruczkiem. Jeśli Kamil mocno popracuje na progu, wtedy skok jest bez zarzutu. Ale czasem od razu po wyjściu widać, że nie poleci daleko, brakuje mocy, jest – mówiąc naszym językiem – za nartami. Może brakuje mu tego jednego wystrzału, po którym wszystko wskoczy na swoje miejsce i zacznie się ładna seria. Czemu nie na mistrzostwach, Kamil lubi skocznię w Predazzo. Dziś każdy w Pucharze Świata liczy się ze Stochem, ale też nikt go nie wymieni jako głównego faworyta. To świetna pozycja do ataku. Kamilowi sprzyja to, że choć jest liderem kadry, ma obok siebie kolegów, którzy też potrafią wskoczyć do pierwszej dziesiątki, wyprzedzić go. Nie musi wszystkiego brać na plecy.

Drużyna ma większe szanse na podium niż Kamil Stoch?
Piąte miejsce w ostatniej drużynówce w Willingen to było najlepsze, co nam się mogło przytrafić. Bo po drugim miejscu w Zakopanem głowy się zagrzały, wielu nas już wepchnęło na podium. Możliwości mamy duże, ale dobrze, że trochę o nas przycichło, lepiej nam zrobi, jak wyskoczymy z cienia. Wiem, co mówię, przeżyłem to w Val di Fiemme.

Medalowa szansa drużyny bez Małysza – kilka lat temu brzmiałoby to absurdalnie. 
A ja zawsze byłem optymistą. Widziałem, co się działo na małych skoczniach, od kiedy zacząłem odnosić sukcesy. Dzieci setkami zgłaszały się do klubów, w samej Wiśle było wtedy 300 chętnych, sprzętu zabrakło. Gdy zaczynałem, było nas 40, a potem zostałem sam. Więc jeśli to przyjąć za regułę, z 300 chętnych zostanie siedmiu, ośmiu dobrych skoczków. A to była tylko Wisła. Wiedziałem, że musi powstać polska szkoła skoków, mocna drużyna. I ten boom trwa, teraz już nawet i dziewczynki zaczęły się zgłaszać. Nie ma wyrwy między seniorami a juniorami, powinno być jeszcze lepiej. Dołożyłem do tego swoje trzy grosze, daje mi to niesamowitego kopa.

Ale problemów też mamy sporo: niszczeją małe skocznie, Średnia Krokiew straciła homologację, trenerzy w klubach zarabiają śmiesznie mało w porównaniu z tymi, którzy pracują z młodzieżą np. w Austrii. 
Trzeba twardej ręki, kogoś, kto przypilnuje całości. Dla mnie to jest niepojęte, że w Zakopanem nie ma poza Pucharem Świata właściwie żadnych zawodów w skokach, bo cena jest zaporowa. Państwowa instytucja, taka jak Centralny Ośrodek Sportu, ma służyć sportowcom. A COS przeszkadza, zawodnicy nie mogą tam trenować i jeżdżą do Szczyrku oraz Wisły, gdzie skocznię przejął związek. Będzie łatwiej, jeśli przyjdą kolejne sukcesy. Dobrze, że nasi odpuścili ostatnie konkursy przed mistrzostwami, na mamucie w Oberstdorfie można było tylko coś zepsuć. Potrenowali w Szczyrku na skoczni, która ich wprawia w dobry nastrój, jak mnie Ramsau. Tylko Piotrkowi Żyle to wszystko jedno, on nastrój ma zawsze.

Został dzięki temu medialną gwiazdą. Mówią, że kiedyś Polacy skrzykiwali się przed telewizory: chodź, Adam skacze, a teraz: chodź, Żyła mówi. 
Ludzie lubią jego naturalność. Piotrek skacze teraz lepiej niż kiedykolwiek, nie musi wygrywać, kibice i tak są za nim. Wybaczają mu, gdy coś palnie, bo jest sobą. Nie zapomina, skąd wyszedł, to jest bardzo ważne. Ja też strasznie nie lubię, jak ktoś mnie poprawia, gdy mówię gwarą. Nie możemy być wszyscy tacy sami. Piotrek pracuje najciężej ze wszystkich kadrowiczów, a predyspozycje do tego sportu ma może najlepsze w Polsce. Gdyby sobie tak jeszcze dał pomóc z techniką... To jest indywidualista, trudny do prowadzenia, Łukasz Kruczek nieraz na to narzekał. Jak mu się powie, że ma coś zrobić, to nie przyjmuje do wiadomości, póki tego nie przetrawi. Albo przyjmie, spróbuje dwa razy, a potem wraca do swoich pomysłów.

Jest jeszcze trzeci kandydat na lidera, Maciej Kot. 
To wielki talent, czasami mam tylko wrażenie, że za bardzo roznosi go ambicja. Maciek chce udowodnić, że wygrane w Letniej Grand Prix nie były przypadkiem, że potrafi je powtórzyć zimą. Potrafi, tylko musi podejść do tego spokojniej.

Gregor Schlierenzauer będzie największą gwiazdą mistrzostw? 
Jest wielkim faworytem. Nawet gdy psuje skok, tak jak ostatnio w Klingenthal, to potrafi jeszcze bardzo dużo wyciągnąć. A jeśli odda dobry skok, to nie ma teraz na niego mocnych. Dojrzał, uspokoił się. Ma takie dźwignie w nogach, że nawet bez eksplozji na progu potrafi daleko lecieć.

Skoczkowie za nim nie przepadają, pan miał z nim dobry kontakt? 
Nie narzekałem. Gregor po prostu nie jest wylewny, chwilę porozmawia i się wyłącza. Ma swój świat, znakomicie się koncentruje.

Schlierenzauer bije rekordy, ale Austriacy jako drużyna nie wygrali tej zimy jeszcze żadnego konkursu. Wrócą do dawnej potęgi? 
Największą zagadką jest Thomas Morgenstern, nie skacze od dawna i chyba nie chodzi tylko o to, że chciał być z rodziną po narodzinach córki. Andreas Kofler też wyskoczył na krótko, a teraz nie może sobie poradzić. Austriaków zaskoczyła zasada „zero tolerancji" w sprawie kombinezonów. Liczyli, że nie będzie aż tak ostrych kontroli. Wiem z dobrego źródła, że na początku, w lecie, mieli ogromne problemy. Zimę zaczęli dobrze, a potem się posypało. Pierwszy raz od dawna nie ma faworyta do drużynowego złota. Rewelacją są Słoweńcy, ale presja zaczyna im ciążyć, a jeśli będzie wiało z tyłu, będą w opałach, bo to lotnicy.

Wybiera się pan do Val di Fiemme? 
Zapraszają mnie organizatorzy, kuszą telewizje. Ale mam w Zakopanem 24 lutego „Zjazd na krechę" z Red Bullem, więc zawody na średniej skoczni mnie ominą. Postaram się być w drugim tygodniu. Powspominać i być przy tym, jak się będą rodzić nowe wspomnienia.

środa, 5 września 2012

Adam Małysz: "Jak tylko mogę, służę radą"

Jak oceniasz mistrzostwa Polski?
Adam Małysz: Poziom zawodów był całkiem fajny. Od czasu zmiany kombinezonów jest to całkiem inne skakanie. Widać, że brakuje powierzchni w locie. Po dobrym odbiciu, jak nie ma wiatru na dole, ciężko jest odlecieć.

Przez te zmiany skoki tracą na widowiskowości?
Trudno powiedzieć. Musi minąć trochę czasu, zawodnicy przyzwyczają się do zmian i skoki wrócą do dawnego poziomu. Jedyna różnica może być w tym, że gdy będzie wiatr raz z tyłu raz z przodu, to będzie jeszcze większa różnica w odległościach między zawodnikami. Teraz ci najlepsi, którzy są w super formie, jeśli wiatru nie ma, mają problem odlecieć. Wcześniej skoczek jak był w wysokiej dyspozycji, był wstanie powalczyć z odległością. Teraz jest ciężko.

Co myślisz o korytarzach powietrznych, które praktycznie zostały zlikwidowane? Jest dopuszczalna prędkość wiatru, ale jak mówi Łukasz Kruczek nie ma korytarza.
Pierwszy raz o tym słyszę. Jeśli tak jest, to jest to wygodniejsze dla jury i organizatorów zawodów, na pewno nie dla zawodników. Gdy był korytarz, delegat techniczny czy kierownik zawodów, który puszcza zawodnika jednak pilnował, żeby w miarę równych warunkach dać zgodę na start. W tym momencie ma wolną rękę. Wydaje mi się, że to jest gorsza sytuacja.

Moim zdaniem powinno być tak jak dawniej, bez pomiarów wiatru, bez różnic w belkach startowych i dodawaniem bądź odejmowaniem za to punktów. Myślę, że wcześniej bardziej atrakcyjne były skoki. Wiadomo, że zdarzały się różne przypadki, ale były dużo bardziej widowiskowe. Kibice bardziej rozumieli skoki. Teraz często jest to niezrozumiałe dla wielu z nich. Nawet nam, zawodnikom, czy osobom znającym się na skokach, często się wydaje, że zawodnik miał wiatr z tyłu, a dostaje jeszcze ujemnie punkty.

Kto był twoim faworytem na mistrzostwa Polski?
Zdecydowanie Maciek Kot. On w tym momencie jest liderem zespołu. Miejmy nadzieję, że tak zostanie też w zimie. Kamil cały czas robi postępy, ale jego skoki nie są jeszcze na tyle dobre, żeby wyprzedzić Maćka. Maciek skacze swoje. Dawid Kubacki, Piotrek Żyła skaczą nieźle. Juniorzy także pokazują się z dobrej strony, dużo lepiej skacze Olek Zniszczoł i Bartek Kusek, nie mówiąc o drugim dziś Krzyśku Biegunie. Początek sezonu to było rozpoznanie. Nowe kombinezony dopiero wchodziły, teraz już się zawodnicy do zmian przyzwyczaili i widać postępy.

Byłeś w Erzurum, pilnowałeś kadrę młodzieżową, czasem pojawiasz się na treningach, teraz jesteś na mistrzostwach Polski. Czy zimą Twoja obecność za krajowych a może i zagranicznych zawodach będzie większa?
Zobaczymy. Jest to uzależnione od dyscypliny, którą teraz uprawiam. Sporo czasu temu poświęcam. I tak jestem obecny na skoczni częściej niż w zeszłym roku. Jak tylko mogę, służę radą.

Moje plany to najbliższy Dakar. Zaczyna się 5 stycznia, kończy 20. Później jest taki okres, że może aktywniej się włączę, by być obserwatorem czy doradcą. Jak tylko mogę, staram się pomagać. Chłopcy mają swoich trenerów, z nimi współpracują, trudno się im wtrącać, dawać rady, czy coś sugerować. Bardziej podpowiadam coś trenerom.

Pierwszy raz czeka nas Puchar Świata w Wiśle, a ciebie nie będzie. Nie będzie ci trochę żal?
(śmiech) Już się tak zdarzało. Będę trzymał kciuki za naszych w ciepłych krajach, mam nadzieję, że oni za mnie też. Zazwyczaj Puchar Świata w Zakopanem był końcem miesiąca, teraz się tak stało, że jest zaraz po Turnieju Czterech Skocznie. Będę sercem.

Masz już głównego sponsora związanego z twoją aktywnością rajdową?
Mamy już paru sponsorów, ale cały czas też szukamy. Ciężkie czasy nastały, były Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, igrzyska olimpijskie. Kryzys światowy powoduje, że sponsorzy coraz gorzej funkcjonują. Red Bull czy Generali to są firmy, które pozostają przy mnie i mi towarzyszą. Pozwala mi to trenować jazdę z wielką pasją.

Będziesz próbował w najbliższym czasie podbić rekord prędkości w jeździe terenowej? Raz już ci się udało, bodajże w Żaganiu.
Trudno mi powiedzieć, czy to jeszcze będzie organizowane. To jest bardzo kontrowersyjne. Trzeba by pobijać w tym samym miejscu, na tym samym odcinku. Przykładowo można wytyczyć inną trasę i jeśli samochód na to pozwoli i jechać nawet 250 km/h/ na szutrowej drodze.

Obecnie jakim autem jeździsz i jakie masz plany na najbliższy czas?
Mitsubishi L200. W najbliższym czasie będę startował w Baja Poland w Szczecinie. Jest to Puchar Świata. Moją główną imprezą będą mistrzostwa Polski, Węgier, Czech i Słowacji. W Szczecinie będą zawodnicy z górnej półki, którzy wygrywają i ścigają się w pierwszej trójce na Dakarze. Na pewno będzie bardzo trudno. Ale to są dla mnie kolejne doświadczenia. Cieszę się, że mogę brać udział w takich imprezach i ścigać się z najlepszymi. To będzie procentować później.

Przyciągasz kibiców także na rajdy, odczuwasz ich wsparcie?
W Stalowej Woli było trochę kibiców. Gdy prolog został odwołany przez 1,5 godziny stawałem do wspólnych zdjęć, rozdawałem autografy. Dosyć ciężko było. Gdy przeszedłem do innej dyscypliny, to zainteresowanie tam też się przeniosło. Kibice dalej chcą wiedzieć, co robię. Jeżdżą po rajdach, obserwują rozwój dalszej mojej kariery. To mnie cieszy.

Czy kierowcy rajdowi terenowi uczą się czegoś od kierowców rajdów płaskich?
Wielu kierowców cross country to są kierowcy, którzy przeszli z płaskich rajdów. W rajdach płaskich jest granica, do której zawodnicy rozwijają się. Później większość z nich przechodzi do rajdów terenowych. W rajdach cross country bardzo ważne jest doświadczenie. My nie wiemy, co jest za zakrętem, co jest przed nami. Bazujemy na tym, co dyktuje pilot siedzący koło nas. Trzeba mu w 100% wierzyć i ufać sobie. Nie da się jechać na 100%, trzeba mieć pewną rezerwę. Mieć świadomość, że gdzieś może być dziura, niespodziewana "hopa", wtedy łatwo o dachowanie, urwanie koła.

Krzysztof "Hołek" Hołowczyc udzielał ci jakiś rad?
Rozmawiałem z Krzyśkiem parę razy przez telefon. Mieliśmy plany, żeby wspólnie gdzieś pojechać, żeby paru rad mi udzielił. Nie udało się zgrać terminów. On mocno jest zaangażowany, będzie kierowcą fabrycznym Mini (Mini All4 Racing - przyp. red.), cały czas trenuje. Myślę, że wiele mógłbym się od niego nauczyć. To jest zawodnik, który od dziecka jeździ samochodami, ma ogromne doświadczenie.