Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polska. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

Ile zarobili polscy skoczkowie?

Międzynarodowa Federacja Narciarska od 2009 roku wypłaca premie dla najlepszej "30" w konkursach Pucharu Świata we frankach szwajcarskich lub euro. Pieniądze są w większości wypadków wpłacane na konta bankowe zawodników siedem dni po zakończeniu rywalizacji. Jedynie drobne sumy skoczkowie otrzymują od razu po zawodach w kopercie. Od każdej sumy odprowadzany jest podatek, w zależności od tego jakie stawki obowiązują w danym kraju. Najwięcej potrąca się w Austrii, bo poza zwykłym podatkiem, jeszcze 20 procent jest przekazywane na Austriacki Związek Narciarski.

Nasi zawodnicy nie narzekają jednak na obecny system premiowania. - Przyjęło się już, że trzydziestu zawodników dostaje pieniądze oraz płaci się z tego podatek - mówi Piotr Żyła, który ma za sobą najlepszy sezon w karierze. Zawodnik Wisły Ustronianki z roku na rok więcej punktuje i więcej zarabia. W sezonie 2010/11 otrzymał z FIS-u za punkty w cyklu 12 700 franków szwajcarskich. W kolejnej edycji PŚ suma ta się podwoiła, a teraz zainkasował aż 57 500 CHF.

Lider kadry Kamil Stoch zarobił w PŚ trochkę mniej niż rok temu, ale odbił to sobie w mistrzostwach w Val di Fiemme. Za złoty medal indywidualnie i brąz w drużynie dostał od FIS około 32 tysięcy franków szwajcarskich.

Podsumowanie sezonu przez Łukasza Kruczka

Przegląd Sportowy: Cieszy się pan, że sezon już się skończył?
Łukasz Kruczek: W zasadzie sezon nigdy się nie kończy. My w tym momencie jesteśmy już praktycznie przy kolejnym. Zaraz wchodzimy na pierwszy stopień przygotowań do nowego sezonu.

Kibicowanie wam to jak jazda kolejką górską.
Fajnie było, prawda?

Teraz szeroko się pan uśmiecha, ale na początku sezonu w Kuusamo tak nie było. 
Tam nikt się nie śmiał, ale nie było też załamania. Początek sezonu był faktycznie bardzo trudny, ale pokazaliśmy, że nie jesteśmy drużyną, która się poddaje. Dość szybko się podnieśliśmy. To chyba rekord świata w wyjściu z problemów.

Może nie zaczynajcie kolejnego sezonu od takiego kryzysu?
Dobrze by było. A spójrzmy na to inaczej - gdyby tak w Kuusamo zacząć czterema zawodnikami w trzydziestce i dwoma w dziesiątce? Rewelacja! Żeby jednak tak się stało, trzeba mieć od początku dobry sprzęt, a ściślej kombinezony. Teraz zaskoczyła nas kwestia doboru materiału, a także zmiana przepisów co do strojów.

Mimo wszystko za wami rekordowy sezon pod wieloma względami.
Punktów zdobytych przez zawodników w konkursach indywidualnych i drużynowych, czyli to co zalicza się do Pucharu Narodów, mamy najwięcej w historii. Pewne cele i marzenia, które miałem, ziściły się.

Uważam, że to pan jest największym wygranym tego sezonu.
Dla mnie bohaterami są zawodnicy, bo to oni startowali. My tylko jesteśmy swego rodzaju narzędziami, bo przecież trener nie skoczy. Jeśli pomysły nie spotkają się w parze z zawodnikiem, nic z tego nie będzie.

Wieczny optymista prezes PZN Apoloniusz Tajner mówi, że macie już nowe pomysły na nowinki sprzętowe.
Tak mówi? Fajnie.

A macie?
Są pomysły co i gdzie należy poprawić, gdzie można szukać jeszcze rezerw. Cudów się nie zrobi, jednak mamy pomysły na znalezienie dodatkowej odległości, może metr, może pół metra. Każdy detal trzeba rozważyć, żeby mogło być jeszcze lepiej. Nie powiem, gdzie szukamy pomysłów, bo za chwilę przeczytają to w Niemczech.

Kombinezony?
Te zawsze są ważne, to konik wszystkich ekip. Wiadomo, że tam jest najwięcej do zrobienia. Czekamy na nowe przepisy, będą lekkie modyfikacje w kombinezonach. Ważne będzie posiedzenie FIS w Zurychu. Nie sądzę, żeby zapadły tam decyzje o wielkich zmianach, ale na początku kwietnia będziemy wiedzieli, w którym kierunku iść.

Prezydent FIS mówił, że trzeba uprościć skoki. Może jednak nastąpią jakieś radykalne zmiany przed igrzyskami?
W tej sprawie było spotkanie w Lahti w gronie trenerów i zarządców skoków. Tam wszyscy stwierdzili, że nie ma potrzeby dokonywać zmian. Jest w porządku, a zbytnie uproszczenie mogłoby skomplikować sytuację. Chodzi przecież o sędziów, odstępstwo od telemarku, czyli rzeczy wpisane w historię tej konkurencji narciarstwa klasycznego. Nie wyobrażam sobie skakania bez telemarku. Ładnie wykończona próba to wisienka na torcie. Bez tego mielibyśmy "cupanie" kto dalej. Poszlibyśmy w kierunku sportów bardziej ekstremalnych.

Wracamy do naszej kadry. Słyszeliśmy, że wybieracie się na obóz regeneracyjny?
Nie wszystko jest jeszcze domknięte, ale chcemy zrobić to jeszcze w kwietniu, żeby udało się całkowicie zregenerować chłopaków. Chcę przystąpić do nowego sezonu w pełni sił. Sezon kończymy mistrzostwami Polski w Wiśle, a po nich będą jeszcze testy motoryczne. Trzeba zrobić je szybko, gdy chłopaki są w dobrej formie.

Ile wolnego dostaną?
Tyle będzie trzeba. Wiem, że to mało dokładna odpowiedź, ale wolnego praktycznie nie ma. Trzeba zmniejszyć napięcie związane ze startami, treningiem, wyjazdami, ale być jednocześnie cały czas aktywnym.

Latem będziecie często skakali?
Różnie. Ale na pewno będą zawodnicy mający w planach wiele startów. Chcemy ich też nauczyć wygrywać, bo to też sztuka. Co innego być liderem po pierwszej serii, a co innego zajmować 15. czy 20. miejsce.

To teraz poprosimy ocenić swoich zawodników.
Kamil zdobył mistrzostwo świata i to nie podlega żadnej dyskusji. Wywalczył podium w klasyfikacji generalnej PŚ. Mogę śmiało powiedzieć, że to był kolejny super sezon, bo osiągnął większość swoich celów. Podniósł się z dużego dołka, jaki miał latem.

Maciej Kot?
W zeszłym roku ustabilizował formę, ale dopiero w drugiej części sezonu. Teraz od początku do końca miał taką samą wizję swojego skakania i koncepcję tego, co robić na skoczni.

Piotr Żyła?
Jest jeszcze mało stabilny, ale w końcówce sezonu zaskoczył. Złapał czucie w locie, a to wcześniej nie było u niego regułą.

Za plecami tej trójki jest kilku chłopaków.
Dawid Kubacki zdobył pierwsze punkty i ma wielki udział w sukcesie drużyny w mistrzostwach świata. Krzysiek Miętus w zespole nie rywalizował, ale doskoczył do czołówki. Uważam też, że odrobinę lepszy sezon od poprzedniego miał Stefan Hula. Może nie widać tego w PŚ, ale miał dobre występy w Pucharze Kontynentalnym i dobry Turniej Czterech Skoczni. Jasiek Ziobro też zrobił duży postęp. Zresztą, mogę tak wymieniać długo, bo przecież juniorzy zdobyli medal mistrzostw świata. To był bardzo dobry sezon.

Polacy w nieco innej wersji

Niepowtarzalne wielkanocne króliki, koguty i Evo-kura zostały własnoręcznie pomalowane przez polskich skoczków narciarskich: Kamila Stocha, Piotra Żyłę, Stefana Hulę, Macieja Kota, Dawida Kubackiego i Krzysztofa Miętusa. Specjalnie przygotowane ozdoby trafią na wielkanocne aukcje charytatywne na rzecz Fundacji Herosi, które odbędą się w terminie 25-29 marca.

Skoczkowie z wielkim entuzjazmem podeszli do propozycji, własnoręcznie pomalowali unikalne figurki wielkanocne, nadając im niepowtarzalny charakter! Powstałe w ten sposób kolorowe wielkanocne króliki, kury, koguty dostępne są w edycji limitowanej, tylko w kilku unikalnych egzemplarzach. (fot. Fundacja Herosi)

środa, 20 marca 2013

Piotr Żyła: Ja nie wyjdę?! - czyli wywiad po wygranej w Oslo

Z Piotrem Żyłą, zwycięzcą konkursu Pucharu Świata w skokach narciarskich w Oslo, rozmawia Rafał Musioł (www.polskatimes.pl)

Na lotnisku w Balicach wyszedł pan z odprawy w kasku i w goglach. To była próba wyjścia niezauważonym?
(śmiech). Nie, po prostu koledzy mnie "wypuścili". Powiedzieli, że co jak co, ale w kasku i w goglach to na lotnisku nie wyjdę. Pomyślałem: ja nie wyjdę? Ja? No i wyszedłem.

Kto pana tak wkręcił?
Na pomysł wpadł Maciek Kot, ale potem to już była praca zespołowa.

To miało coś wspólnego z konferencją prasową w Oslo?
Dokładnie. Tam byłem w kasku, bo zapomniałem z hotelu czapki. To był przypadek, ale znowu zrobiłem coś, o czym wszyscy mówili. Chyba już tak mam (śmiech).

Wszyscy mówili przede wszystkim o wygranym konkursie.
Faktycznie, to też.

Nie wierzę, że pan tego jeszcze nie przeżywa.
Teraz już do mnie dotarło, że wygrałem . Bo na początku trudno było w to uwierzyć. Gdzieś tam po cichu myślałem o podium, ale się nie grzałem. Pamiętałem, że rok temu w Oslo też byłem trzeci po pierwszej serii, nie skoczyłem źle, ale spadłem na siódme.

Te wspomnienia nie chodziły panu po głowie przed drugim skokiem?
Starałem się myśleć tylko o tym, że mam zrobić coś, co przecież lubię i potrafię. Im mniej się myśli w takich momentach, tym lepiej skok wychodzi, bo się wszystko robi trochę z automatu.

Chwilę później pan wylądował i przy nazwisku Żyła pojawiła się jedynka. Poszedł pan do Gregora Schlierenzauera na miejsce dla liderów i powiedział...
Nic mu nie powiedziałem, bo wcale do niego nie poszedłem. W Oslo jest tak dziwnie, że do tego miejsca jest kawałek i to pod górkę. Nawet się zastanawiałem czy tam iść, ale wtedy zobaczyłem, że biegną do mnie Maciej Kot z Dawidem Kubackim, więc zostałem z nimi i czekałem na skok Kamila. Dopiero potem przyszli ludzie z FIS-u i kazali mi iść do góry na podium. No to w końcu tam poszedłem.

I tam powiedział pan Gregorowi, żeby...
Znowu nic mu nie musiałem mówić, bo podium było szerokie i nikt nie musiał się przesuwać (śmiech). Po prostu mu pogratulowałem i pomyślałem sobie: kurczę, fajnie tak stać razem z taką legendą.

Co pan dostał w nagrodę?
Kwiaty i taki mały puchar, który wygląda jak szklanka.

To z niego piliście piwo, żeby uczcić sukces?
Piwo, a może nawet dwa (śmiech). Ale nie z niego, bo oddałem go do samochodu członków ekipy i razem z nimi pojechał do Planicy. Dopiero tam spotkam się z nim ponownie.

A pana plany na Planicę to...
Latanie, latanie, latanie. Nie nastawiam się na żadne miejsce, chcę mieć frajdę z latania. Bo ten sport daje mi radość.

Rodzinie też. Pana tata powiedział, że też zasłużył na nagrodę za nerwy i ściskanie kciuków.
Zasłużył. Wszyscy zasłużyli i po Planicy im pięknie podziękuję.

Kacze udka od babci już pan zjadł?
Rany, nawet o tym ludzie wiedzą? (śmiech). Nie, bo do domu wpadłem właściwie na chwilę. Po sezonie wszystko nadrobię.

Tajner: Piotr Żyła to specyficzny zawodnik. Nikt nie wie, co siedzi w jego głowie

Z Apoloniuszem Tajnerem, prezesem Polskiego Związku Narciarskiego, rozmawia Robert Małolepszy (www.polskatimes.pl)

Zwycięstwo Piotra Żyły na skoczni Holmenkollen to szczęśliwy traf czy zapowiedź tego, co czeka nas częściej, czyli zwycięstwa nie tylko Kamila Stocha, ale też pozostałych naszych zawodników?
Oczywiście bardzo chciałbym powiedzieć już dziś, że zapowiedź tego, co nasz czeka, ale na teraz, zwłaszcza w przypadku Piotrka Żyły, trudno powiedzieć, czy uda mu się powtórzyć ten wynik. Teraz wszystko zależy od niego.

Aż tak wielkie miał szczęście?
To nie tak. Piotrek był i jest w wysokiej formie. Ale przecież nawet on sam nie wierzył w to, że stać go na zwycięstwa. Widział się gdzieś góra w pierwszej dziesiątce, ale nie na podium.

Chęć powtórzenia wyniku może spętać mu teraz nogi na długo?
Może. Tak do końca to przecież nikt nie wie, co siedzi w jego głowie. To bardzo specyficzny zawodnik. Ale równie dobrze może być tak, że ten triumf otworzy my oczy, pozwoli uwierzyć w siebie. Przewartościuje jego cele. Ważne, żeby nie myślał o powtórzeniu wyników, ale dobrych skoków. Wtedy ma szansę znów wskoczyć do dziesiątki, a jak się jest w dziesiątce, to zawsze może przytrafić się podium. Tak było też z Adamem Małyszem. Gdy zaczynaliśmy z nim pracę, nie zakładaliśmy wcale, że będzie deklasował rywali. Celem było regularne wskakiwanie do pierwszej dziesiątki.

Piotr Żyła ma papiery na to, żeby regularnie być w ścisłej czołówce? 

Z całą pewnością ma chyba najsilniejsze odbicie nie tylko w całej naszej kadrze, ale być może w całej szerokiej czołówce światowej. To nie jest odbicie, to jest jak kopnięcie konia. On z miejsca skacze 3,47 m. To jest niesamowity wynik. W 1906 roku, gdy skok z miejsca był jeszcze konkurencją olimpijską, wywalczyłby brązowy medal igrzysk.

Nie boi się Pan, że nagła sława może go przygnieść?
Pewnie, że się boję. To zawsze może się zdarzyć. Ale ze skoczkami cały czas jest psycholog Kamil Wódka. I on ma czuwać nad Piotrkiem. Ja tylko apeluję do mediów i kibiców - nie oczekujmy od niego od razu Bóg wie czego. Jan Matura wygrał w Sapporo dwa konkursy. Ale w kolejnych wrócił do swojego poziomu. Takie są skoki. Czasem całe życie trzeba czekać na te swoje wymarzone starty.

Ktoś jeszcze w naszej drużynie ma papiery na to, by iść w ślady Stocha i Żyły?

Praktycznie każdy z zawodników, których ma teraz w kadrze Łukasz Kruczek, ma szansę na to, by zaistnieć. Może nie regularnie, ale mieć w każdym sezonie swój konkurs, dwa, może trzy, w których błyśnie.

Maciej Kot wygląda na bardzo ambitnego. Widać, że jego aktualne wyniki go nie zadowalają.
Maciej to chłopak z dużym potencjałem. Bardzo chce skakać daleko. Za bardzo. On jest pięć lat młodszy od Kamila Stocha i nawet porównania z Kamilem mi się nasuwają. On też miał problem z tym, że za szybko chciał przeskoczyć okres dojrzewania w skokach. Ten sam problem ma Maciek. Ale on dojrzeje, i wtedy będzie wskakiwał do dziesiątki...

Ktoś jeszcze?
Tak jak powiedziałem, każdy z kadry Łukasza Kruczka. Dawid Kubacki ma naprawdę rewelacyjne odbicie, ale na razie jest zbyt pasywny w powietrzu. Stefan Hula, jak jest w formie, może powalczyć o wysokie lokaty, a Krzysiek Miętus ma takie okresy 2-3 tygodni, że jak łapie formę, to może być groźny dla najlepszych. To kwestia czasu, kiedy któremuś z nich szczęście dopisze, tak jak Piotrkowi Żyle.

Czy ten sezon będzie przełomowy dla Kamila Stocha, czy mistrzostwo świata w Val di Fiemme sprawi, że będzie regularnie stawał na podium, przestanie psuć drugie skoki, zacznie wytrzymywać ciśnienie?
Ja myślę, że to się u niego stało już w poprzednim sezonie. W tym na początku było trochę błędów i przez to forma przyszła później. Ale Kamil już przed tym sezonem nie bał się mówić, że chce walczyć o najwyższe cele, nawet o Puchar Świata. Jestem niemal pewien, że w Planicy znów będzie w wielkiej formie i powalczy z Bardalem o drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. On lubi tam latać.

W Lahti i Oslo tracił jednak miejsce na podium, które zajmował po pierwszej serii.
Ale nie psuł skoków. W Lahti trafił na kiepskie warunki. Ale skok był dobry. W Oslo, gdyby nie obniżenie belki, pewnie by wygrał.

Łukasz Kruczek przekombinował?
Nie. Zabrakło im szczęścia. Przed konkursem ustalili z Kamilem, że jak w drugiej serii będzie wiało pod narty, obniżą rozbieg o jedną belkę. Praktycznie przez całą serię takie warunki były. Gdy Łukasz zarządził obniżenie rozbiegu, też wiało pod narty, ale nim przełożyli belkę o stopień, Kamil ruszył, to gdy był już na progu, trafił na ciszę. I dlatego poleciał tak blisko.

Pan jest zwolennikiem przestawiania belek przez szkoleniowców?
Nie i mam nadzieję, że po sezonie ten przepis zostanie anulowany. Pierwotnie obniżenie belki miało być wykorzystywane przez trenerów, by zapewnić bezpieczeństwo zawodnikom. Teraz zrobiła się z tego zagrywka taktyczna. Powinno się zostawić możliwość obniżania belki wyłącznie jury.

Dlaczego?
Bo nawet ja nie wiem po wielu skokach, czy się cieszyć, czy nie. Czy skok był dobry, czy nie. A co ma powiedzieć zwykły kibic, który skoki ogląda w telewizji?

poniedziałek, 18 marca 2013

Piotrek Żyła u Wojewódzkiego?!


Piotrek Żyła jak zwykle zaskakuje

A na lotnisku pojawił się tak:

... i myślał, że nikt go nie rozpozna (?)

"Nie myślałem w ogóle o tym, że mogę wygrać. Ostatni raz o zwycięstwie myślałem kiedyś dawno, dawno temu, ale wtedy nie przeszedłem nawet kwalifikacji, więc teraz wolałem się już niczego nie spodziewać" - powiedział na lotnisku.

Żyła przyznał, że być może we wcześniejszych występach coś go blokowało. - To jest taki sport, że człowiek jedzie 90 km na godzinę i czasem niepotrzebnie sobie za wiele pomyśli, coś niepotrzebnego zrobi. A tu po prostu trzeba iść i skoczyć. Może się kiedyś rozkręcę - dodał w swoim stylu.

"W zasadzie po swoim skoku myślałem, że to Kamil wygra, ale akurat warunki trochę się pogorszyły. Potem skoczył Kranjec i w sumie nie za bardzo wiedziałem co się dzieje" - powiedział "Wewiór". Żyła przyznał też, że wcale nie przepada za wielką popularnością, jaka na pewno stanie się teraz jego udziałem. - Nie za bardzo lubię takie zamieszanie. Wolę sobie, gdzieś tam siedzieć z boku. Czasem patrzę na strony internetowe i myślę sobie: o kurczę znowu coś żem powiedział.

Triumfator konkursu w Holmenkollen nie przejmuje się presją kibiców, jaką mógłby odczuwać po tym sukcesie. - Moim celem na Planicę jest po prostu, żeby sobie fajnie poskakać. Cieszyć się skokami. W lotach ze skakania to jest po prostu czysta frajda, a jak się jedzie, żeby robić wynik to nie do końca to wychodzi - stwierdził Żyła.

Wszystkich dziennikarzy bardzo ciekawiło, jak "Wewiór" świętował swoje zwycięstwo. - Chwilę posiedzieliśmy wieczór, wypiliśmy po piwku... no po dwa - opisał Żyła, dodając że czas na prawdziwe świętowanie przyjdzie dopiero po sezonie. - Przed zawodami nie można, bo wiadomo, że potem człowiek nie jest taki sprawny.

Żyła zdradził też, że tuż przed konkursem trener Łukasz Kruczek powiedział mu, że może znaleźć się na podium, ale musi trochę zwężyć pozycję nart. - Ja nawet tego nie zrobiłem, ale o tym pomyślałem no i wyszło - skomentował całą sprawę niezawodny "Wewiór"

A jak Piotr Żyła widzi swoje szanse w przyszłorocznych igrzyskach olimpijskich w Soczi? - Gdzie tam do Soczi, to jeszcze kupa czasu - mówi krótko polski skoczek.

sobota, 9 marca 2013

Trzecia drużyna konkursu w Lahti







Polacy na podium w Lahti!

Pierwszy konkurs po MŚ. Konkurs drużynowy. W Lahti wygrała reprezentacja Niemiec z ponad 40 punktową przewagą nad rywalami. Niemcy nie mieli dziś słabych punktów i zasłużenie wygrali konkurs. Bardzo daleko skakali Severin Freund (125,5 i 131 metrów) oraz Richard Freitag (124 i 123,5 metra), a wysoki poziom, szczególnie w drugiej serii, zaprezentowali także Andreas Wank i Michael Neumayer.

Norwegowie drugą pozycję zawdzięczają dalekim skokom Andersa Bardala (128 i 124,5 metra) oraz Andreasa Stjernena (122,5 i 126,5 metra), ale także dobrej postawie Andersa Jacobsena i Rune Velty.

Polacy o trzecie miejsce walczyli do ostatniego skoku z Austriakami, a ostatecznie do drugich Norwegów stracili zaledwie 2,3 punktu. W polskiej ekipie najlepiej spisał się Kamil Stoch, który z obniżonego o dwie belki rozbiegu oddał skoki na odległość 121,5 i 124 metry. Był tym samym jedynym zawodnikiem, któremu trener postanowił obniżyć. Nawet Alexander Pointner nie podjął tego kroku. Dobre skoki zaprezentował również Maciej Kot - 119 i 127,5 metra - udane próby spowodowały, że Polak był najlepszym zawodnikiem w pierwszej grupie. Piotr Żyła skoczył 115,5 i 124 metry, a Krzysztof Miętus uzyskał 119 i 120,5 metra.

Tuż za podium uplasowali się Austriacy, których najmocniejszym punktem był dość niespodziewanie Stefan Kraft. Piąta lokata przypadła Japończykom, którzy wyprzedzili Słoweńców, Czechów oraz Finów. Do drugiej serii nie awansowali Włosi i Rosjanie.

poniedziałek, 4 marca 2013

Wywiad z Piotrem Żyłą po Mistrzostwach Świata w Predazzo

Dawid Góra, SportoweFakty.pl: Przed mistrzostwa świata mówił pan, że chce uplasować się w pierwszej dwudziestce konkursów indywidualnych. 19. lokatę na dużej skoczni można uznać za realizację tego planu?
Piotr Żyła: Wtedy mówiłem o planie minimum. Wiadomo, że mistrzostwa świata rządzą się swoimi prawami. To jest krótka seria konkursów raz na dwa lata. Myślę, że nie mogę mieć do siebie pretensji, że nie wywalczyłem wyższego miejsca. Nie przepadam za skoczniami w Predazzo - mają płaski rozbieg. To oczywiście nie jest wytłumaczenie mojej dyspozycji, ale uważam, że i tak dobrze skakałem na mistrzostwach świata. Nie osiągnąłem super wyników, ale cel, jaki sobie postawiłem został zrealizowany.

Nawet, jeśli noga nieco się powinęła w konkursach indywidualnych, to niedosyt został zrekompensowany przez medal wywalczony z drużyną.
Zdecydowanie tak. Mieliśmy w zespole mistrza świata, bez którego medal nie byłby możliwy. Kamil skakał rewelacyjnie zarówno na normalnym, jak i dużym obiekcie. Dla mnie to było niezwykle istotne, aby wspomóc kolegów z drużyny swoimi skokami i powalczyć o medal. Jak wiadomo, cel został osiągnięty, ale emocji związanych z punktami było naprawdę dużo.

Jak rodzina zareagowała na pana sukces?

Wszyscy się cieszyli, każdy mi gratulował, delikatnie poświętowaliśmy. Natomiast w dzień, w którym przyjechałem nie zdążyłem nawet wnieść torby do domu, bo córka od razu przyszła do mnie i prosiła, żebym ją wziął na ręce. Nie chciała mnie puścić, pół godziny minęło zanim wróciłem po sprzęt (śmiech). Bardzo się stęskniła.

Czy po sukcesie w konkursie drużynowym można stwierdzić, że wreszcie narodziła się tak długo oczekiwana przez kibiców, potrafiąca rywalizować z najlepszymi reprezentacja Polski?

Na pewno drużyna jest teraz bardzo silna. Niezależnie od tego, kogo trener nie zdecydowałby się wystawić to i tak uzyskalibyśmy dobry wynik. Ponadto, mamy zawodników, którzy dobrze sobie radzą w Pucharze Kontynentalnym, jak Łukasz Rutkowski czy Jasiu Ziobro. Są też świetni juniorzy, jak choćby Klimek Murańka, Olek Zniszczoł, Krzysiek Biegun... W Polsce trenuje coraz więcej naprawdę dobrych zawodników. Poziom się "dźwignął" i to bardzo.

Przed kadrą kolejny konkurs drużynowy, tym razem w Lahti. Chyba trudno będzie o taką motywację, jaką mieliście państwo w Predazzo.
Motywacja na pewno będzie. Każdy konkurs jest ważny, szczególnie, jak się skacze dla drużyny. Wtedy chce się zaprezentować, jak najlepiej, żeby pomóc kolegom. Przed występem nie ma zbytnich kombinacji. Po prostu, skaczę tak, jak potrafię najlepiej. Poza tym, po nieudanych indywidualnych zawodach nie ma do konkretnego zawodnika pretensji, bo skacze na własny rachunek, w kolejnym konkursie można się poprawić. "Drużynówek" natomiast nie organizuje się tak dużo.

Czy resztę sezonu potraktuje pan ulgowo? Treningi i przygotowania do zawodów ulegną zmianie?
Przygotowania będą wyglądały tak samo. Trzeba dawać z siebie wszystko i walczyć do końca także w Pucharze Świata. Poza tym, po turnieju skandynawskim przyjdą loty. Nie ukrywam, że dla mnie to szczególne zawody. Skakanie sprawia ogromną frajdę szczególnie kiedy konkurs jest rozgrywany na "mamucie".

Muszę zadać jeszcze jedno pytanie. "Prezent" dla Thomasa Morgensterna już kupiony?
(śmiech) Na razie nie. Koledzy się ze mnie śmiali po konkursie i stwierdzili, że jestem specjalistą od prezentów, więc ja powinienem wymyślić coś dla Thomasa. Myślę jednak, że wszyscy musimy uzgodnić co i jak mamy zamiar wręczyć. W końcu, niektórzy po mistrzostwach mówili, że był naszym piątym zawodnikiem. Zgłosił problem i tym nam pomógł. Przedstawiciele FIS-u mówili, że rozpatrzą wniosek, ale potem ktoś inny zwrócił uwagę na sprawę. Chodzi o Niemców. Oni mają austriackich trenerów i to oni toczyli rozmowy w związku z problemem, jaki wyniknął.

niedziela, 3 marca 2013

Piękne chwile z Val di Fiemme









0:50, wsłuchajcie się
Piotrek: You go to FIS about Anders Bardal?
Thomas: Yes, after first round
Piotrek: You are our hero!



sobota, 2 marca 2013

MAMY UPRAGNIONY MEDAL MISTRZOSTW ŚWIATA!

Nie jest dobrze cieszyć się z nieszczęścia innych, ale tym razem trudno nie kryć radości. Już po zakończeniu konkursu drużynowego reprezentacja Polski, pierwotnie sklasyfikowana na 4. miejscu, awansowała na najniższy stopień podium po tym, jak sędziowie zweryfikowali wynik Andersa Bardala z pierwszej serii. Odjęcie kilku punktów spowodowało, że Norwegia w klasyfikacji końcowej spadła za Polskę.

To historyczny wyczyn polskiego zespołu, bowiem po raz pierwszy nasza drużyna narodowa znalazła się na podium światowego czempionatu. Nie popisali się sędziowie, którzy źle policzyli noty Andresa Bardala z pierwszej rundy, przez co początkowo wydawało się, że nasz zespół przegrał minimalnie walkę o podium z Niemcami.

Jako pierwszy z Biało-Czerwonych na rozbiegu pojawił się Maciej Kot, który skoczył 123 m. Metr bliżej od niego wylądował Piotr Żyła, następnie 126 metrów dorzucił Dawid Kubacki, a zakończył kapitalnym skokiem na 134 metry Kamil Stoch.

Wśród Austriaków najlepszy był Wolfgang Loitzl, który skokiem na odległość 130,5 m ustąpił jedynie Bardalowi i Stochowi. Nieźle poradził sobie Manuel Fettner (125,5 m), ale słabiej zaprezentował się Thomas Morgenstern - tylko 121 metrów. Dopiero dziesiąty wynik w całej pierwszej serii (124,5 m) zanotował Gregor Schlierenzauer.

Do Niemców podopieczni Łukasza Kruczka tracili tylko pięć punktów. Nasi zachodni sąsiedzi ten wynik zawdzięczali głównie świetnej próbie Andreasa Wanka, który w pierwszej serii osiągnął aż 135,5 metrów, a w drugiej z niskiej belki doleciał do 126,5 metrów.

To dało Niemcom bezpieczną przewagę nad Polakami, którzy w drugiej serii prezentowali wyrównany poziom. Kot uzyskał 128,5 m, a Żyła i Kubacki lądowali tylko pół metra bliżej. Kamil Stoch zakończył występ naszej drużyny skokiem na 130 metrów, ale jak się później okazało zabrakło dosłownie jednego metra, aby wyprzedzić Niemców.

Walka o złoto praktycznie rozstrzygnęła się po fatalnej próbie Toma Hilde (zaledwie 118 metrów) w drugiej rundzie. Przez moment Norwegia spadła nawet na czwarte miejsce, za Polskę i Niemcy, ale po świetnych skokach Bardala i Jacobsena (odpowiednio na 129 i 131,5 metrów) wrócili do gry. Tylko do momentu ogłoszenia fatalnego błędu sędziów.

Sukces Austriaków był już w zasadzie rozstrzygnięty po próbie Manuela Fettnera na 128 metrów. Kiedy Thomas Morgenstern doleciał na 129,5 metrów rozpoczęły się pierwsze gratulacje, bowiem nikt nie dopuszczał myśli, że Gregor Schlierenzauer zepsuje kończący całe zawody skok. Lider klasyfikacji generalnej Pucharu Świata wylądował na 129 metrze i w ten sposób mógł świętować z kolegami z drużyny swój upragniony złoty medal na MŚ w Val di Fiemme.

Po zawodach, gdy Biało-Czerwoni byli już pogodzeni z czwartą lokatą, zawodnicy z Austrii, m.in. Thomas Morgenstern, zwrócili uwagę sędziom na błędną punktację Andersa Bardala, któremu źle policzono notę za belkę najazdową. Wybuchło zamieszanie, ale decyzja była jedna - Bardal stracił punkty, reprezentacja Norwegii zaś medal. Trener Norwegów, Alexander Stoeckl, wraz ze swoją ekipą złożył protest, który został odrzucony. Po chwili Austraik pogratulował Łukaszowi Kruczkowi, polscy zawodnicy utonęli w objęciach.

 - To Włochy i wszystko jest możliwe - powiedział Tomaszowi Kalembie z Eurosport.Onet.pl szczęśliwy Łukasz Kruczek.

piątek, 1 marca 2013

Nadchodzi Stochomania

Czy po mistrzostwie świata Kamila Stocha w Polsce rozpocznie się „Stochomania”?
Apoloniusz Tajner: To bardzo prawdopodobne. Nie chodzi tu tylko o sukcesy, które Kamil odnosi na skoczniach, ale także o niego samego. O jego osobowość, sposób postrzegania świata, sposób mówienia. To niezwykle pozytywny i otwarty chłopak. Właśnie zaczął się olbrzymi obstrzał mediów, nawet dziś w hotelu dziennikarze maglowali Kamila przez ponad godzinę. Zadaniem jego drużyny jest ochrona Kamila przed skutkami tego sukcesu.

Stoch jako pierwszy polski skoczek utrzymał ciężar porównań z Adamem Małyszem. 
W końcu mu dorównał. Oczywiście nie sukcesami, ale umiejętnościami i sferą mentalną. W ogóle muszę powiedzieć, że sporą zasługę w medalu Kamila ma właśnie Adam.

Dał mu przykład, jak zwyciężać? 
Adam bardzo dużo rozmawiał z Kamilem. Przyjechał tu, do Włoch i był dobrym duchem drużyny. Czasami doświadczony zawodnik potrafi wyjaśnić młodszemu szczegóły, które momentami są kluczowe. Na przykład co zrobić, jak się człowiek denerwuje. Co zrobić? Poprawić sobie włosy! Proste? Ale jednak działa. Taka metoda przekazu jest czasami skuteczniejsza niż to, czego sami nauczyliśmy zawodnika. Rady Adama na pewno Kamilowi pomogły.

Na sukces Stocha zapracowała niezwykle liczna drużyna.
Nigdy sztab szkoleniowy kadry polskich skoczków nie był tak szeroki. Kamil współpracuje m.in. z Kamilem Wódką, naszym psychologiem. Pomagał także Małysz. Wiele osób dołożyło cegiełkę do tego medalu.

Niektórzy w swoim hurraoptymizmie okrzyknęli już Stocha „drugim” Małyszem. Nie za wcześnie? 
Kamil ma wielkie umiejętności, również jego psychika jest dziś na najwyższym poziomie. Proszę zwrócić uwagę na takiego Gregora Schlierenzauera. On ewidentnie zaczyna się gubić. Pojawia się jakaś nonszalancja, brak pewności siebie. Kamil już z tego wyrósł i jest znacznie bardziej stabilny psychicznie niż kilka lat temu. To sprawia, że możemy go porównywać z Adamem.

Italia jest dla naszych skoczków wyjątkowo szczęśliwa.
To tu przecież Adam Małysz zdobył dwa mistrzostwa świata w 2003 roku! Poza tym dla Kamila to także miejsce wyjątkowe. Najpierw we Włoszech po raz pierwszy punktował w klasyfikacji Pucharu Świata, później w Predazzo wygrał konkurs indywidualny, a teraz mistrzostwo świata. Viva Italia, Viva Polonia (śmiech).

Spodziewał się Pan tego sukcesu?
Kamil był typowany do zdobycia medalu, ale wiemy jak trudno jest triumfować. Są warunki pogodowe, samopoczucie, czasami można popełnić tez minimalny błąd i po wszystkim. Poza tym jest cała grupa zawodników, która miała walczyć o medale. Nie mówię już o samym Schlierenzauerze, ale też o świetnie skaczących Austriakach i Norwegach. Ale przyznam, że spodziewałem się miejsca na podium.

A Kamil i Łukasz Kruczek? W prywatnych rozmowach przyznawali, że może być złoto? 
W naszym środowisku panuje niepisana zasada, że o medalach nie rozmawiamy. Nie warto mącić sobie w głowie, szczególnie, że dużo zależy od warunków pogodowych i innych czynników. Chciałbym też pogratulować Łukaszowi Kruczkowi, bo zawodnik oczywiście musi mieć szczęście, ale szczęśliwy musi być także trener.

Szkoda, że szczęścia zabrakło podczas pierwszego konkursu w którym Stoch, mimo iż po pierwszej serii był 2., ostatecznie zajął dopiero 8. miejsce. 
Kamil popełnił wtedy drobny, naprawdę drobny błąd. Zabrakło metra i spokojnego lądowania, aby być w strefie medalowej. Natomiast w drugim konkursie wszystko było bezbłędne.

Przed Kamilem jeszcze kilka sezonów skakania. Oczekiwania będą teraz ogromne. 
Po tym mistrzostwie świata Kamil wyrasta na kandydata do medalu olimpijskiego w Soczi. Jestem pewny, że na pewno będzie skakał także w 2018 roku w południowokoreańskim Pyeongchang, a może nawet w 2022 w… Zakopanem (śmiech).

Widzę, że i Pana huraoptymizm porwał.
Miałby wtedy 35 lat. Kamil przez długie lata może odnosić wspaniałe sukcesy, a ja wierzę głęboko, że mistrzostwo świata z Włoch to początek jego wspaniałej drogi do sukcesów.

W sobotę skacze drużyna. Będzie medal?
I to wcale nie jest powiedziane, że ma być brązowy. Może nasi skoczkowie powalczą o coś więcej? Problem polega na tym, że na początku konkursu będzie słońce i pierwszej grupie zawodników będzie łatwiej. A później? To już loteria. Warunki na pewno nie będą tak równe, ale nasi tak skaczą równo i mogą zdobyć medal.

 Rozmawiał: Sebastian Staszewski, natemat.pl

Telefon od prezydenta

Kami Stoch przyznał, że po zdobyciu złotego medalu mistrzostw świata w skokach narciarskich dostał więcej smsów niż w święta Bożego Narodzenia, a najbardziej zaskoczył go telefon z Kancelarii Prezydenta RP.

"Zadzwoniła pani sekretarka i mówi "Łączę z prezydentem". A ja się pytam "z kim? Jaja sobie pani robi, kim pani w ogóle jest?" Dopiero gdy usłyszałem głos pana prezydenta to mnie postawiło do pionu. Rozmowa nie była długa, ale te gratulacje były bardzo miłe. Jestem patriotą. Dla mnie oznacza to godne reprezentowanie kraju nie tylko na skoczni, ale również poza zawodami" – podkreślił Stoch.

Innych nietypowych telefonów świeżo upieczony mistrz już nie miał, ale przyznał, że smsów dostał więcej niż z okazji świąt Bożego Narodzenia i nie zdołał jeszcze wszystkich przeczytać, o odpisywaniu nie wspominając. Polska reprezentacja nie mogła sobie pozwolić na wielkie świętowanie, bo przed zawodnikami w sobotę konkurs drużynowy. Stoch, Dawid Kubacki i Piotr Żyła nie wezmą co prawda udziału w piątkowym treningu na skoczni, ale musieli być gotowi do zajęć na sali gimnastycznej.

"Zasnąłem dość łatwo, ale obudziłem się już nad ranem. Nie byłem pewny, czy naprawdę zostałem mistrzem świata, czy tylko mi się śniło. Potem jednak zobaczyłem leżące wyniki kontroli antydopingowej i wszystko stało się jasne" – powiedział podopieczny Łukasza Kruczka

Wywalczone trofeum, czyli charakterystyczny medal mistrzostw w kształcie płatka śniegu na szyi 25-letniego zawodnika zawiśnie dopiero po godzinie 19. podczas oficjalnej ceremonii na Piazza dei Campioni w Cavalese. – Widziałem go już na moment wczoraj po konkursie. Mam nadzieję, że nigdzie nie zginie. Nie mogę się doczekać, jak go dostanę – przyznał.

Początek mistrzostw w Val di Fiemme nie był jednak dla Stocha udany. W sobotnim konkursie na średniej skoczni, po pierwszej serii był drugi, ale ostatecznie zajął ósme miejsce. W odzyskaniu równowagi psychicznej udział miała m.in. żona Ewa. – Miała przyjechać dopiero w środę wieczorem, ale zrobiła mi niespodziankę i pojawiła się już rano – zdradził.

Stoch uważa się za dobrego męża, ale przyznaje, że gotować nie potrafi. Chętnie wykonuje za to inne prace domowe oraz wspiera żonę w jej pasji, czyli fotografii. – Zawsze powtarzałem, że na mnie życie rodzinne działa bardzo dobrze. Dzięki temu nie realizuje się tylko jako sportowiec, ale również jako zwykły człowiek. O potomku jeszcze nie myślimy. Wolałbym, aby dziecko miało ojca w domu, a nie oglądało go głównie w telewizji – dodał.

Po złotym medalu MŚ kolejnym, naturalnym celem wydają się igrzyska olimpijskie. Okazja już za rok w Soczi. – Nie snuję tak dalekosiężnych planów. Medal igrzysk olimpijskich to oczywiście wielkie marzenie, ale nie mogę obiecać niczego poza tym, że dam z siebie wszystko. Zobaczymy, jaki przyniesie to efekt – podkreślił.

TRANSMISJA Z DEKORACJI MEDALOWEJ DZISIAJ O 19.15 NA TVP SPORT I SPORT.TVP.PL!

środa, 27 lutego 2013

Adam Małysz: "Mamy najsilniejszą drużynę w historii"

Adam Małysz przyjechał do Predazzo dopingować młodszych kolegów w konkursie narciarskich mistrzostw świata na dużej skoczni. "Orzeł z Wisły", który 10 lat temu w Val di Fiemme zdobył dwa złote medale MŚ, uważa, że Polska ma najsilniejszą drużynę w historii.

Polska Agencja Prasowa: W czwartek minie dokładnie 10 lat, od czasu gdy zdobył pan swój drugi złoty mistrzostw świata w Val di Fiemme. Odżyły wspomnienia po przyjeździe do Predazzo?
Adam Małysz: Taki powrót jest oczywiście bardzo przyjemny. Jednak atmosferę poczuję pewnie dopiero na skoczni, podczas jutrzejszego konkursu. Niewiele jeszcze widziałem, bo przyjechałem wczoraj wieczorem. Zwróciłem tylko uwagę, że jest nowe rondo, reszta chyba bez zmian.

Oglądał pan konkurs na średniej skoczni, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce?
Tak, w telewizji, w Zakopanem. Żal mi Kamila, bo miał duże szanse, żeby zdobyć medal. Na szczęście nic nie jest stracone, bo może mu się to udać na dużym obiekcie.

Po pierwszej serii Stoch zajmował drugie miejsce. Po zawodach przyznał, że nie czuł wyjątkowej presji przed finałowym skokiem.
To są mistrzostwa świata, jedna z najważniejszych imprez, a w tym roku najważniejsza, bo nie ma igrzysk olimpijskich. Zawodnik, nawet nieświadomie, będzie trochę zestresowany. Tego się nie da uniknąć i to ma zawsze jakiś wpływ. Kamil ten skok zepsuł. Może nie jakoś bardzo, ale popełnił błąd po wyjściu z progu. Później walczył o odległość, czego konsekwencją było złe lądowanie i gorsze noty za styl.

Oprócz czwartkowych zmagań indywidualnych, przed Polakami jeszcze sobotni konkurs drużynowy. Jak ocenia pan ich szanse?
Jestem pewny, że mamy najmocniejszą drużynę w historii. Tak wyrównanej kadry po prostu jeszcze w Polsce nie było. Oczywiście, nie można rozdawać medali przed zawodami. Patrząc jednak na to w jakiej są formie, to na pewno będą się liczyli w walce o podium.

Będzie pan służył radą młodszym kolegom?
Nie zamierzam wchodzić w kompetencje trenera. Nie chcę, żeby ktoś mówił, że przyjechałem coś naprawiać. Jeśli któryś z zawodników zapyta mnie np. o to jak radzić sobie ze stresem, to ja chętnie jakiś wskazówek udzielę. Jeśli chodzi o samą skocznię, o to jak się na niej zachowywać, to mogę opowiedzieć szkoleniowcom o swoich doświadczeniach. Oni, jeśli uznają za stosowne, dalej to przekażą. Bezpośrednio nie będę niczego mówił, bo to może zrodzić jakieś nieporozumienia.

W skokach coraz większą rolę odgrywają kobiety. W tym roku po raz pierwszy rozegrano konkurs drużyn mieszanych. Co pan sądzi o żeńskiej rywalizacji?
To jest dyscyplina, która się rozwija i ma przed sobą ciekawą przyszłość. Parę lat temu były dwie, trzy zawodniczki potrafiące skakać, a na resztę żal było patrzeć. Teraz jest 15-20 takich, które da się oglądać, czasem nawet z przyjemnością. Jestem wielkim fanem Japonki Sary Takanashi. Zachwyciłem się, gdy zobaczyłem ją pierwszy raz na mistrzostwach świata juniorów. Mała, drobna, a skacze niesamowicie. Ma wielki talent. U nas trenują głównie dziewczynki w wieku 8-10 lat. Mam nadzieję, że chociaż dwie dotrwają do wieku seniora i będziemy mieli z nich pociechę.

sportowefakty.pl

wtorek, 26 lutego 2013

Polscy skoczkowie nie nudzą się w Val di Fiemme

Zanim przejdziecie dalej, obejrzyjcie wideo (a w szczególności fragment 3:00 - 3:17).



O co chodzi z torem? Chłopaki budowali tor dla zdalnie sterowanego samochodu Dawida Kubackiego :)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Kamil Stoch mówi o sobotnim konkursie

Kamil Stoch dzisiejszymi skokami treningowym na dużej skoczni w Predazzo pokazał, że szybko pozbierał się po nieudanym sobotnim występie.

"Te moje dzisiejsze skoki, a zwłaszcza te dwa ostatnie, były bardzo fajne. Zresztą ten pierwszy też wcale nie był zły, tylko przez te nierówności odbiłem się trochę z jednej nogi. Te moje poniedziałkowe skoki są następstwem tego, co się wydarzyło w sobotę. Bo tego dnia moje skoki też były dobre, poza tym jednym w drugiej serii" - mówił na łamach Onet.pl Kamil Stoch.

"W pierwszym skoku dało się mocno odczuć, że coś jest nie tak z tymi torami. W kolejnym nie było już większych problemów, a poza tym starałem się też jechać bardziej swobodnie i od razu przestałem czuć te nierówności" - dodał.

 Najlepszy nasz zawodnik powrócił także do sobotniego konkursu na skoczni normalnej.

"Ten skok praktycznie nie różnił się niczym od tych treningowych. Nie była to tragiczna próba, jak mi się początkowo wydawało. Nie był też jednak tak dobry, jak dwa wcześniejsze. W tym finałowym skoku zrobiłem drobny błąd w powietrzu, spinając się troszkę i przez to źle doszedłem do lądowania. W niedzielę wieczorem odbyłem też rozmowę z psychologiem. Na spokojnie przeprowadziliśmy analizę. Porozmawiałem też z trenerem. Zresztą z nim rozmawiałem też po konkursie, kiedy jechaliśmy ze skoczni do hotelu. Szkoda tego konkursu, ale tak bywa. Czasami dajemy wszystko z siebie, robimy co w naszej mocy, ale nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. Wiadomo, w takich sytuacjach, jak ta sobotnia, na początku jest złość i frustracja. Uczucia mieszają się. Wszystko gotuje się w środku i chciałoby się to wszystko wyrzucić z siebie, ale czasami nie ma jak. Najchętniej posiedziałbym w samotności w takiej chwili. A tymczasem po konkursie trzeba porozmawiać z dziennikarzami. Po zawodach wszędzie coś się dzieje. Dlatego nie mogłem tak całkowicie wyrzucić z siebie tego wszystkiego po konkursie tak, jakbym chciał. Dopiero poprzez późniejsze rozmowy udało się to. Zrozumiałem, że ten wynik nie jest żadną wielką katastrofą. Teraz muszę na to wszystko spojrzeć z innej perspektywy i iść dalej z podniesioną głową" - zakończył Kamil Stoch.

Hannu Lepistoe: "Na dużej skoczni Kamil będzie groźniejszy"

Były trener Adama Małysza Fin Hannu Lepistoe uważa, że Kamil Stoch ma znacznie większe szanse na medal mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym na dużej skoczni niż na normalnej. Liczy też na Polaków w konkursie drużynowym.

TVP Sport: Jak ocenia pan sobotni konkurs na obiekcie HS 106, w którym Kamil Stoch zajął ósme miejsce, ale po pierwszej serii był drugi? Czy to kwestia psychiki?
Hannu Lepistoe: Na pewno nie. Psychikę Kamil ma mocną i nie mam żadnych ku temu wątpliwości. Zawodnik nie wygrywa konkursów Pucharu Świata przez przypadek, a Stoch takie triumfy ma już na koncie. Pierwsza jego próba w sobotę była niemal idealna. Technicznie nie popełnił żadnego błędu. W drugim niestety zepsuł lądowanie. To w dużej mierze przesądziło o tym, że nie znalazł się na podium.

Mistrzem świata we włoskim Predazzo został Norweg Anders Bardal, drugi był Austriak Gregor Schlierenzauer, a trzeci Słoweniec Peter Prevc. Czy zaskoczyły pana takie rozstrzygnięcia?
Nie, ale nie pamiętam, kiedy po raz ostatni konkurs na normalnej skoczni był na tak wysokim poziomie. Najmniejszy błąd eliminował z czołowych lokat.

Jak pan ocenia postawę Stocha?
To, co się stało z nim w drugiej próbie, to był przypadek. Mogło się to też przytrafić Gregorowi Schlierenzauerowi, czy Thomasowi Morgensternowi. Takie rzeczy się zdarzają i pewnie nikt by tego nie rozpamiętywał, gdyby to nie były mistrzostwa świata.

Czyli to samo może się zdarzyć w czwartek na dużej skoczni?
Byłbym zaskoczony, bo uważam, że Kamil powinien być znacznie groźniejszy. Technicznie jest bardzo dobry. Skacze czysto, pewnie i nie popełnia błędów. Na większym obiekcie to właśnie będzie odgrywało znacznie większą rolę. Zresztą faworytów zbyt wielu nie ma. Oprócz Polaka mocni będą jeszcze Austriacy - Schlierenzauer i Morgenstern, oczywiście Bardal i nie lekceważyłbym też Japończyka Taku Takeuchiego. Zresztą uważam, że i Maciej Kot może sprawić miłą niespodziankę.

Doskonale zna pan Adama Małysza. Doprowadził go pan między innymi do dwóch srebrnych medali olimpijskich w Vancouver. Widzi pan jakieś podobieństwa między nim a Stochem?
To oczywiście całkowicie inne typy charakteru, osobowości, ale na pewno talenty mają porównywalne. Adam przez wiele lat był na szczycie. Ale Kamilowi nie brakuje wiele. Chyba najwięcej to szczęścia. Technicznie jest poukładany. Psychikę ma mocną. Pamiętajmy, że wiele zależy także od rywali. Jeśli oni są bardzo dobrze dysponowani, to nawet z wysoką formą jest czasami trudno, jeśli nie ma szczęścia. W tym sporcie naprawdę wiele zależy od danego dnia.

W sobotę konkurs drużynowy. Ma pan swoich faworytów?
Moim zdaniem Austriacy będą bezkonkurencyjny. Nie można lekceważyć Norwegów i Niemców. Ponadto Polacy, którzy pokazali, że są bardzo dobrze przygotowani i na treningach prezentują się bardzo dobrze.

A Słoweńcy?
Ja na nich nie stawiam. Chyba nie będą się liczyć. Medale zostaną rozdane wśród innych nacji.

sobota, 23 lutego 2013

Wojciech Fortuna: Polska ma szansę na medal

Przegląd Sportowy: Pierwsza kadra przed mistrzostwami świata odpuściła loty w Oberstdorfie. Czy trener Łukasz Kruczek podjął dobrą decyzję?
Wojciech Fortuna: Chłopcy potrzebowali spokojnych treningów i dlatego ostatnie dni przed wylotem do Włoch spędzili w Szczyrku. Skakanie na mamucie mogłoby ich rozregulować. Szkoda jedynie, że szkoleniowiec nie zabrał do Val Di Fiemme Klimka Murańki. Nie można go krytykować za słabe loty w Niemczech, bo przecież skakał na wymagającej skoczni mamuciej. Warto czasami dać szansę takim młodym zawodnikom. Ja podczas wygranych przeze mnie igrzysk olimpijskich w Sapporo miałem zaledwie 19 lat, ale trenerzy mi zaufali.

Czy Kamil Stoch ma szansę na medal w konkursach indywidualnych?
Ostatnio nie zachwycał i na dodatek przydarzyła się ta wpadka z kombinezonem (został zdyskwalifikowany po konkursie w Klingenthal – przyp. red.), ale liczę, że we Włoszech będzie skakał jak natchniony. Kamil ma sakramenckie odbicie, ale musi jeszcze popracować nad sylwetką w locie. Włączyć w powietrzu turbo diesel. Wypchnąć nogi i dać się jeszcze bardziej wynieść. Idealnie to robił Adam Małysz. Jak źle wyszedł z progu, to potrafił nadgonić sporo w powietrzu. Tą sztukę opanowali też znakomicie Gregor Schlierenzauer, Thomas Morgenstern i Andreas Kofler, ale w tym sezonie ci dwaj ostatni skaczą mizernie.

Jak pan ocenia naszą drużynę?
Drugi po Stochu Maciej Kot robi ogromne postępy. Już na początku zimy mówiłem, że to będzie sezon Kota. Chłopak potwierdził swoje ogromne możliwości. Ma dobrą technikę, jest ambitny i zadziorny. Nie zadowala się byle czym. Pamiętam doskonale jak Hannu Lepistoe, odchodząc, mówił: „To wartościowy skoczek. Nie zepsujcie go". Chłopak fajnie się rozwija. W tym sezonie przecież zdobył już w Pucharze Świata o wiele więcej punktów niż w poprzednim. Piotrek Żyła to kolejna pozytywna postać. Lubię słuchać, jak mówi po góralsku. Wesołek z niego. Nie wiadomo, na kogo jeszcze postawi trener Kruczek. Ja dałbym szansę Dawidowi Kubackiemu, który w środę dobrze się prezentował na treningach we Włoszech. Ma wahania formy, ale potrafi czasami jak torpeda wylecieć z progu. Kubacki musi popracować również nad lotem. Fortuna będzie im sprzyjać i może będziemy świętować wreszcie medalowe podium w drużynie. Moim zdaniem, walka o krążki rozstrzygnie się pomiędzy Austrią, Słowenią, Norwegią i oczywiście Polską. Wiem, że niektórzy skreślają podopiecznych Alexandra Pointnera, ale nie zdziwię się, jeśli Morgenstern znowu zacznie daleko szybować. Ostatnio dawno nie brał udziału w Pucharze Świata, ale skoro dostał się do drużyny na mistrzostwa, musi prezentować odpowiednią formę.

Kto będzie bohaterem mistrzostw?
Gregor Schlierenzauer to główny kandydat do dwóch złotych medali, lecz możliwe, że pokrzyżują mu plany Słoweńcy i Norwegowie. Z przyjemnością patrzę jak Jaka Hvala potrafi utrzeć nosa najlepszym na świecie. Jego starszy kolega Robert Kranjec również imponuje formą. Widać, że w tym kraju potrafią świetnie szkolić skoczków. Szkoda, że wyczucia nie mają działacze FIS. Ten sezon pokazuje absurdy nowego systemu oceniania. Podczas Pucharu Świata w Harrachovie Wolfgang Loitzl skoczył dwadzieścia metrów dalej niż „Schlieri", a mimo to uplasował się daleko za swoim młodszym rodakiem. W Klingenthal Krzysiek Miętus miał świetny skok na odległość 145 metrów i nie dało mu to nawet miejsca w pierwszej trójce. Oby podczas mistrzostw świata nie dochodziło do takich wynaturzeń, bo te austriackie wyliczenia z belkami i wiatrem nie wpływają wcale na to, że rywalizacja jest bardziej sprawiedliwa.